gra

Cuphead – platformówka wyjęta z lat 90

Co to za postać: mała, uśmiechnięta, nosi czerwone spodnie, białe rękawiczki, ma czarny tułów i nogi, które zakończone są wielkimi stopami? Nie to nie Myszka Miki. To Cuphead, postać z gry, która  od 29 września 2017 r. nieźle namieszała na rynku. Mówią o nim tradycyjne media oraz internauci, a nowi nabywcy wciąż zasilają konto producenckiego Studia MDHR.

Krótko mówiąc, gdzie się Filiżankogłowy pojawi, tam otrzymuje pochlebne recenzje. Pragnąc dowiedzieć się dlaczego, zagrałem i… zakochałem się w Cupheadzie oraz jego bracie Mugheadzie.

Cuphead – dobra gra w starym stylu

Linia opowieści gry zaczyna się w kasynie, gdzie bracia przegrywają swoje dusze. Udaje się im jednak pozyskać uwagę diabła i przekonać go do możliwości odwołania zakładu. Muszą tylko odpracować równowartość swoich dusz. W tym miejscu stery przejmuje gracz.

Cała gra to seria pojedynków z potężnymi bossami plus kilka elementów platformowych. Wspominana powyżej fabuła jest tylko, po to by całość, przysłowiowo, trzymała się jakoś kupy. A największą zaletą gry Cuphead jest jej trudność.

Gdy tylko Cuphead pojawił się na rynku, recenzenci porównali grę do tych z lat 90-tych, uzasadniając, bo rzuca graczowi tak wielkie wyzwania. Nawet na poziomie łatwym pokonanie antagonistów wymaga refleksu, strategii i odpowiedniego przygotowania. Wrogów „uczy się” – walcząc poznaje się ich zachowanie, szuka się luk, które można wykorzystać. Nie należy jednak osiadać na laurach. Warto grać na wyższym poziomie trudności, gdyż nie tylko jest to odznaczone w podsumowaniu rozgrywki, ale też nagradzane dodatkowymi przeistoczeniami wrogów, a te są szalone jak sama rozgrywka.

Pomysłowość twórców była gigantyczna. Już na samym początku dostajemy żabę wskakującą w drugą, co czyni z tego połączenia automat do jackpota, kwiat, który zamienia się w karabin maszynowy, napędzany własnoręcznie, wystrzeliwujący pociski-nasiona, czy też szalonego dżina. Zwycięstwo nad nimi wymaga sporo czasu, ale cieszy. Co więcej, każda porażka nie frustruje. Bowiem, gracz przegrywa tylko z własnej winy, a to uczy pokory.

Cuphead – jazz i stara kreskówka

Cuphead jest stylizowany na kreskówkę z lat 30. Starość widzimy na każdym kroku – po przegranej pojawia się tablica, na której widnieje rok 1930, na ekranie pojawiają się zniszczenia kliszy, lekko zniekształcony dźwięk odgłosów walki. Całość nawiązuje do ówczesnych produkcji Disneya, wyglądem (ręcznie malowane tła, efekt starej taśmy), stylistyką (opisany powyżej klimat) oraz muzyką.

Fajnym wrażeniem jest uczucie towarzyszące kończeniu rozgrywki. Za każdym razem mam wrażenie, że oglądałem animację. Niesamowite!

Niesamowitą jest tez ścieżka dźwiękowa.. Skomponowana na  wysokim poziomie, atrakcyjna tak, że nawet po wyłączeniu gry uruchamiam ją na YouTube, by „coś mi grało podczas pisania”. Stary dobry jazz, taki jak grał Benny Goodman ze swoją orkiestrą – dużo dętych instrumentów, mocne uderzenia perkusji. Zresztą, polecam sprawdzić osobiście:

A tu materiał z produkcji ściezki dźwiękowej do gry Cuphead

Cuphead – ocena

To jest gra zarówno dla dzieci, jak ich rodziców (którzy grali w gry wideo latach 90). Warunkiem, by spodobała się graczowi, jest jego nastawienie do znoszenia porażek. Cuphead  nie jest pozycją dla osób nerwowych, będą się tylko męczyły się podczas rozgrywki.

I jeszcze jedno, obowiązkowo do gry należy zakupić pada. Granie na klawiaturze niszczy co najmniej połowę przyjemność rozgrywki.

Ocena:  8,5/10

Cuphead, Studio MDHR, 2017

 

Splendor – czyli jak zostać bogatym


splendorTematem planszówki Splendor jest walka renesansowych kupców o kopalnie klejnotów, środki transportu, kolejne sklepy, tylko po to by zdobyć największy prestiż, ugościć przedstawiciela szlachty i zostawić w tyle konkurencję. Reguły tej gry tłumaczy się w 2-3 minuty, jeszcze szybciej rozkłada się ją na stole.

Jak stać się bogatym? – zasady Splendor są proste

Wystarczy wyjąć żetony i karty z pudełka, ułożyć je w odpowiedni sposób na stole i dobrać pierwsze krążki symbolizujące bogactwa. Później, gdy mamy (określone w upatrzonej karcie) środki na zakup, dobieramy ową, a klejnoty zwracamy do wspólnej puli graczy…i tak, aż do zdobycia 15 punktów.

Banalne zasady, którą mogą opanować nawet kilkuletnie dzieci, tak można w skrócie powiedzieć o Splendor. Kłopot jednak w tym, że mimo łatwych reguł, przed graczami rozciągają się miliony kombinacji. Tu nie tylko liczy się szczęście, ale przede wszystkim dobra strategia i umiejętne inwestowanie. To właśnie dobry plan na zwycięstwo zapewnia wygraną.

Co więcej, gra jest na tyle mocną propozycją, że w ubiegłym roku odbyły się mistrzostwa Polski w Splendor. Organizatorem była firma Rebel. Tym samym planszówka dołączyła do grona zacnych tytułów takich jak: 7 Cudów Świata  i Wsiąść do pociągu.

Splendor – dlaczego warto posiadać tę grę

W zasadzie tematem mogło być tu wszystko, Można było renesansowe motywy zamienić w te pochodzące z innej epoki lub wyimaginowanego uniwersum, klejnoty przekształcić w broń, pożywienie lub jakieś inne środki/bogactwa, a „grywalność” pozostałaby nadal taka sama.

A jest gigantyczna! Naprawdę, trudno skończyć na jednej partii. Gra się szybko, bo wspomniany prestiż można osiągnąć już w 20 minut. A do tego Splendor nie nudzi się. Krótko mówiąc produkt jest prawie idealnym, dlatego dostaje najwyższą ocenę.

Prawie idealnym, bo mimo bardzo solidnego wykonania kart, żetonów oraz wypraski, jest kłopot z pudelkiem. Musi być ono transportowane i stawiane w pozycji poziomej. Jakiekolwiek ułożenie w pionie powoduje, że żetony wypadają z wypraski i fruwają po wnętrzu.

Ocena: 10/10

Marc André, Splendor, Rebel

Story Cubes Strachy

Sosnowski Storyteling Story CubesBałem się, że zajęcia z dziećmi i kostkami Story Cubes Strachy będą istnym horrorem. W myślach wyobrażałem sobie lęk najmłodszej 6-latki, obgryzione paznokcie u jej starszych kolegów oraz niepewny wzrok najstarszej uczestniczki. Stało się jednak inaczej.

Story Cubes używam wszędzie: na szkoleniach, warsztatach copywriterskich, spotkaniach z dziećmi w szpitalu, warsztatach projektowania gier planszowych i karcianych. Gram z dziećmi, ich rodzicami oraz dziadkami, zapewniając im dobrą zabawę, sporą dawkę wiedzy z zakresu komunikacji i tego co kryje się pod pojęciami storytelling oraz narratologia.

Jeszcze nie wiesz czym są Story Cubes? Kliknij w ten link i przeczytaj.

Story Cubes – Wielkie nie historiom o bandytach

Dodatki do kości Story Cubes Baśnie, Prehistoria zawsze traktowałem jako kości „neutralne” – idealne dla każdej grupy wiekowej, bo nie wprowadzające do gry przemocy i szeroko rozumianego zła. Inaczej było w przypadku Story Cubes Poszlaki, gdzie na sześciany zostały naniesione grafiki związane z detektywistyką i kryminalistyką. Dzieci na warsztatach z projektowania gier planszowych i karcianych próbowały opowiadać historie o bandytach i złoczyńcach, co przeczyło idei zajęć i wymagało ode mnie pogadanki o istocie dobra.

Dlatego gdy otrzymałem od Mikołaja (Justynko, bardzo dziękuję) Story Cubes Strachy balem się co też dzieciaki wymyślą. Postanowiłem spróbować. Opłacało się.

W ich opowieści pojawił się negatywny bohater, ale został pokonany przez pozytywną postać. Wyszła im przepiękna historia. Zachwyciło mnie również ich podejście do elementów związanych z historiami grozy, ale o tym za chwilę.

Kościany Horror – Story Cubes Strachy

W pudelku znajdują się trzy kości, na których pojawiają się grafiki nawiązujące do horrorów. Jest klaun, macki wychodzące zza drzwi, trupia czacha, czy ręka zombiaka wyskakująca z ziemi.

Jednak symbole z kości nie trzeba odczytywać w dosłowny sposób, wystarczą skojarzenia. I stąd ikona mózgu w opowieści stała się elementem „pomysłowości”, konik z przeklętej karuzeli symbolem dobrej zabawy, a ogromny cień rzucany przez stojącą w dali postać posłużył dzieciom do wplecenia w opowieść słowa „wielki”.

Jako ciekawostkę podam, że Story Cubes Strachy świetnie sprawdzają się z innym dodatkiem Story Cubes Baśnie. Ten wprowadza łagodność i znacznie urozmaica historię.

Na koniec chciałbym zwrócić się do osób pracujących z dziećmi. Nie bójcie się Story Cubes Strachy. Z nich też można budować arcyciekawe opowieści.

Jeżeli jesteś zainteresowany współpracą ze mną, interesuje Cię storytelling, chcesz wykorzystać Story Cubes w swoich warsztatach i szkoleniach, skontaktuj się mailowo: kontakt [małpa] kubasosnowski [kropka] pl lub telefonicznie: 502 413 496

LINKI:

Projektowanie gier planszowych i karcianych

Oferta szkoleń i referencje

Rory O’Connor Story Cubes, The Creativity Hub [wydawca w Polsce: Rebel]

Wiedźmin 3 – Serce z Kamienia

Wiedźmin 3 Serce z kamieniaGrę Wiedźmin 3 kupiłem w dniu premiery. Wciągnęła mnie jak żadna inna – była ze mną w Polsce, grałem w nią w Stanach (pomiędzy kolejnymi rozdziałami W sieci Pynchona), dla niej to kupiłem kontroler do grania. Uważam, jak większość fanów serii, że jest najlepszą grą RPG na świecie oraz jestem dumny, że stworzyli ją Polacy. Dlatego z niecierpliwością czekałem na

Serce z kamienia – płatny dodatek, który…

… czyni grę Wiedźmin 3 jeszcze lepszą, jeszcze oryginalniejszą, jeszcze bardziej grywalną. To on jest tematem wpisu.

Czy warto w niego zagrać? Oczywiście. Gracz, nawet jeśli nie ukończył podstawowej wersji gry, może spokojnie zasiąść do kilkunastogodzinnej przygody. Nic nie straci, bo to zupełnie inna opowieść. No, może nie do końca, dodatek i podstawową opowieść łączy postać o tajemniczym imieniu– Pan Lusterko.

To właśnie on, w zamian za uprzednio udzieloną Wiedźminowi pomoc, żąda rekompensaty. Pogromca potworów wplątuje się w niebywałą intrygę, w której są duchy, nieśmiertelni, niziołki, Kasiarz i wiele, wiele innych postaci. Przygodzie towarzyszy mroczny klimat. Osobiście porównuję jego moc do tej jaką znalazłem w The Wolf Amoung Us.

Sercu z kamienia nie zabrakło „wiedźmińskiego humoru”, który dosłownie rozbraja oraz mnóstwa zapierających dech w piersi (to chyba najlepsze ich określenie) zadań, tak bardzo różniące się od tych jakie dostajemy w RPGach konkurencji ekipy CD PROJEKT RED. Zadanie z weselem, na którym użyczając ciała duchowi musimy sprawić by zabawił się on za wszystkie czasy, jest niesamowite.

Minusy Serca z Kamienia

Dodatek rozpoczynałem na Windowsie 10. Na dzień dobry musiałem pogrzebać się w ustawieniach, bo wcześniej uruchomiająca się bez przeszkód gra miała problemy ze startem. A gdy rozpoczęła się rozgrywka zostałem wyrzucony kilkukrotnie na pulpit. Później przeszedłem na Windows 8.1 i… co jakiś czas musiałem uruchamiać Wiedźmina ponownie – problem z wyrzucaniem z gry. Szkoda.

Na szczęście całość rekompensuje znakomita historia oraz wyśmienita grywalność. Dlatego w ocenie odejmuję tylko plusa, bo jest to dodatek, taki jak gra, na 10+.

Ocena: 10/10

Wiedźmin 3. Serce z kamienia, CD Projekt Red.

Heartstone – zagraj w najlepszą karciankę

30 milionów, to 3,5 razy więcej niż liczba mieszkańców Nowego Jorku, tyle właśnie osób na całym świecie gra w Heartstone. Wczoraj Blizzard, wydawca darmowej karcianki na komputery stacjonarne i urządzenia mobilne, przekazał taką wiadomość. Z tej okazji chciałbym napisać kilka słów na Bazgrołku.

Też w to gram. Nie nałogowo, bo na to (niestety) nie mam czasu, zazwyczaj do porannej kawy lub przed zaśnięciem. Naprawdę wielką frajdę sprawia przyzwanie stronników i sklepanie komuś czterech liter. A na planszy dzieje się naprawdę wiele.

Do wyboru mamy bohateów: Maga, Czarnoksiężnika, Wojownika, Kapłana, Szamana, Druida, Łowcę, Paladyna oraz Zabójcę. Każdy z tej dziewiątki to osobna postać, z indywidualną zdolnością oraz przypisanymi do niej kartami. Kogo wybrać? To zależy od preferowanego stylu walki. Ja gram dwoma pierwszymi.

Walczyć możemy na kilka sposóbów. Albo zmierzyć się z drugim graczem w rankingowym pojedynku, albo opłacić swój udział w walce na arenie i postarać się o zdobycie pyłu, talii nowych kart oraz masy doświadczenia. Możemy też uruchomić jedną z dwóch przygód w świecie Warcrafta, podczas których walczymy z komputerem.

Karcianka ma świetnie zbilansowany system kart (tak, tak, wiem, Magic: The Gathering ma lepszy), w którego skład wchodzą czary, artefakty i przede wszystkim stronnicy. To właśnie od tych ostatnich zależy powodzenie w grze. Jeżeli zdecydujemy się na własne ułożenie talii, musimy wybrać styl gry – przede wszystkim określić czy będziemy walczyć agresywnie czy defensywnie. W tym celu warto skorzystać z poradników umieszczonych w sieci, osobiście polecam http://www.hearthpwn.com/

Ważnym elementem w  Heartstone są sezony, rozpoczynające się z każdym pierwszym dniem miesiąca. Dzięki nim rozpoczynamy od nowa wspinanie się po rankingowych szczeblach. Drugim elementem są codzienne zadania, pozwalające zarobić punkty, za które kupujemy nowe talie kart lub wstęp na arenę. Dzięki nim Heartstone nie zmienia się w grę typu pay to win. Trzecim elementem jest, zdobywany w walkach na arenie lub za pomocą odczarowywania kart, magiczny pył. Służy nam do tworzenia nowych, dodatkowych kart.

Czy warto zacząć w to grać? Oczywiście! Nawet jeśli nie posiada się doświadczenia w tego typu grach. Heartstone jest naprawdę świetną przygodą, nie nudzi się i daje dużo frajdy. Dla mnie najbardziej ekscytującym jest zamienienie stronnika w żabę lub użycie czaru niszczącego wszystkie karty leżące na stole.

To co, zagrasz?

Ocena: 10/10

Monument Valley

Jak przepchnę prawą ścianę do góry, następnie kliknę tutaj i obrócę całą bryłę w prawo, to chyba rozwiążę tę zagadkę. Nareszcie zobaczę wyjście. Niestety, nie wyszło. Jeszcze raz muszę obrócić. Mniej więcej takie myśli kłębiły się w moim umyśle przez półtora godziny, do czasu aż na ekranie pokazały się wieńczące Monument Vally napisy z listą autorów.

To było wyjątkowe półtora godziny. Towarzyszyłem małej, małomównej księżniczce w jej podróży, poznając kolejne wątki fabuły. Moim zadaniem było pokierowanie jej krokami oraz ustawianie w odpowiedni sposób ścieżki, którą postać miała podążać. Bawiłem się zarówno płaszczyzną trójwymiarową, jak też szukałem rozwiązań wywołujących iluzję – na przykład, pod pewnym nachyleniem dolna podstawa łączyła się z jednym z wierzchołków bryły, tym samym stanowiąc skrót drogi. Perspektywa rządzi!

Monument Vally to nie tylko magia dla oczu, zachwycająca każdym graficznym detalem, ale też przyjemność dla uszu. Ze słuchawek sączył się uspokajający ambient, który pozwalał lepiej skupić się na rozwiązywaniu zagadek. Wszystko to zamknięte w tablecie lub komórce.

Jedyną wadą gry jest 10 poziomów (można dokupić kolejne), co powoduje niedosyt grania. Dlatego zabieram Monument Valley aż dwa punkty w końcowej ocenie.

Ocena: 8/10

Monument Valley, ustwo, 2014

Don`t starve i Don`t starve together – zaspokój głód osobno lub razem

Don`t StarveTak jak nie rozumiem fenomenu gry Minecraft, tak Don`t starve jestem zafascynowany. Piękna grafika, rodem z kreskówki, muzyka w tle, która nie męczy, zadowalający wybór bohaterów z różnymi zdolnościami, no i tysiące możliwości na spędzenie kolejnego dnia w dziczy. Acha, zapomniałem, i ta tajemniczość fabuły– gra pozbawiona jest intro, aby poznać genezę historii należy wyszukać film w serwisie YouTube.

Rozpoczynamy rozgrywkę pobudką w lesie, jakiś wychudzony mężczyzna o imieniu Maxwell mówi nam, byśmy lepiej znaleźli coś do jedzenia zanim zapadnie zmierzch, no i ruszamy ku przygodzie. Musimy przy tym zadbać o trzy wskaźniki – zaspokojenie głodu, zmęczenia oraz utrzymanie punktów życia. Aby to zrobić należy zbudować siekierę z patyków i krzemieni oraz pozbierać trochę jedzenia. Następnie, odkrywając kolejne zakamarki lasu, bagien i łąk, zbieramy różne elementy, z których wykonujemy przedmioty niezbędne do przeżycia kolejnego dnia i nocy. Brak uporządkowania działań lub zaniedbanie, na przykład zbyt późne rozpalenia ogniska, skutkują utratą punktów życia lub umysłu.

Ogromnym plusem jest różnorodność świata oraz wykonywanych w nim czynności. Gracz ma możliwość grać agresywnie – polując na króliki, walcząc z wieloma gatunkami potworów, próbując przechytrzać system, w myśl zasady: wróg wroga jest moim przyjacielem, nasyłając jednych wrogów na drugich. Może też spokojnie spędzać żywot na wyspie – goląc bizony, uprawiając grządki i zbierając trawy oraz jagody. Może też ruszyć ku przygodzie, odnaleźć teleport wyprowadzający go do kolejnego świata i próbować uciec z szalonego świata Don`t strave. Rozwiązań jest wiele.

Don`t Starve

Tak w skrócie można opisać działania gracza w Don`t strave. A jaki mają one cel? W przypadku wybrania gry z fabułą, odkrycia gracza doprowadzają do rozwiązania zagadki tajemniczego pojawienia się postaci w tym wrogim świecie. W przypadku, wybrania rozgrywki z własnymi ustawieniami, gra jest formą zabawy, w której próbujemy przeżyć kolejny dzień. W obu przypadkach gra wciąga, jak dziury teleportujące bohatera w kolejne zakamarki śmiertelnie niebezpiecznej wyspy.

Doskonałym rozwiązaniem jest tu sandbox, gwarantujący, że każda rozgrywka różni się od poprzedniej. Gracz, który zginął, budzi się w kolejnej grze na wyspie, która wygląda zupełnie inaczej niż poprzednia, posiada odmiennie rozmieszczone surowce, czy też siedliska wrogów. Nawet pogoda jest różna. Dlatego uprzednio zastosowane taktyki mogą się nie sprawdzić tym razem i należy poszukać innego sposobu, by nie zagłodzić się na śmierć.

Don`t Starve Together

Wybierając wersję dla jednej osoby należy być przygotowanym na zatopienie się w Don`t starve na wiele godzin. Dlatego uruchamianie gry nie jest wskazane w przypadku osób przygotowujących się do egzaminu lub do ważnego projektu w pracy. Tym bardziej nie mogą one sięgać po Don`t starve together, samodzielną wersję dla wielu osób. Jest gigantycznym pochłaniaczem czasu…

…ale warto w nią zagrać. Szczególnie jeśli gracz interesuje się tematami jak: zachowanie jednostki w grupie, przywództwo, podstawy negocjacji, empatia i agresja, a nawet zachowanie poszczególnych członków grupy w sytuacjach stresowych. Wszystko to dostarczają kolejne gry za pośrednictwem sieci. A chętnych jest wielu, wystarczy tylko zalogować się wczesnym wieczorem, by przekonać się o tym.

Na koniec, chciałbym zwrócić się do osób, które uważają, że są „zbyt stare na granie”. Spróbujcie zagrać w Don` starve i przeżyć choć 10 dni. Jeżeli nie zmienicie poglądu na temat grania, przepraszam, ale nie ma dla was ratunku.

Ocena: 9/10

Don`t Starve, Klei Entertainment, 2013

Don`t Starve Together, Klei Entertainment, 2014

7 Cudów Świata

Siedzimy w trójkę przy stole. Ja gram Kolosem Rodyjskim, oni Wiszącymi Ogrodami Semiramidy i Posągiem Zeusa w Olimpii. Jeszcze jedna runda przed nami i okaże się kto jest najlepszy. Zamiast inwestować w budowę tytułowego cudu świata, dbam o poziom militarny oraz badania. Nie wiem czy to dobra strategia, ale próbuję, może się uda. Poprzednią grę wygrałem w taki sposób. Biorę swoje karty wybieram jedną i kładę przed sobą, resztę oddaję do przeciwnika.

7 Cudów Świata, bo o tej grze mowa w tym wpisie, jest niesamowitą przygodą, która nie nudzi się. Nawet po kilkudziesięciu rozgrywkach. Jest niesamowita!

Gracze mają za zadanie odnieść zwycięstwo w punktach. Do swojej dyspozycji mają karty rozwoju gospodarczego, militarnego, naukowego, cywilnego oraz karty gildii. Każdy ruch niesie za sobą konsekwencje – za błędy płaci się słono, a za odpowiedni dobór kart odczuwa się smak zwycięstwa.

Ilość możliwości wygranej, towarzyszące grze emocje tworzą niezapomniany klimat gry. Mimo, że posiadam tylko podstawową wersję gry, bez dodatków, jestem nią wciąż zafascynowany. Gram od 6 miesięcy.

Muszę napisać o moich pierwszych rozgrywkach. Miałem naprawdę kiepski start. W 10-15 pierwszych partiach nie potrafiłem zebrać wystarczająco dużo kart by odnieść zwycięstwo. Byłem naprawdę wściekły. Jednak przełamałem tę złą passę i opanowałem grę. Mimo to, zdarza mi się przegrać. Wystarczy tylko, że przeciwnicy odkryją, jaka taktykę obrałem. Gdy to zrobią często już nie mam czasu na ratunek. Właśnie za te niesamowite wrażenia z rozgrywki daję tej karciance najwyższą ocenę.

W sieci znalazłem wiele opinii, że najlepiej gra się w 7 Cudów Świata minimum w trzy osoby. Tak, zgadzam się, jest przyjemniej, ale gra dwuosobowa też ma swoje uroki. Wielokrotnie grałem z botem – trzecim rozgrywającym są dwaj pozostali gracze. To inny wymiar rozgrywki, ale też zmusza do kombinowania z ułożeniem kart.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst i zechcesz zagrać w 7 Cudów Świata, koniecznie zaopatrz się w koszulki na karty. Grając bez nich szybko zniszczysz najważniejsze elementy gry. Warto też byś przed zakupem zapoznał się z instrukcją, która dostępna jest TUTAJ.

Ocena: 9,5/10

Antoine Bauza 7 Cudów Świata, Rebel

Martinique– recenzja gry

Kawałki mapy prowadzące do ukrytego skarbu, uzbrojone od dzioba po rufę statki, kordelasy rozwiązujące problem w knajpie, w której przesiadują podejrzane typy, a przede wszystkim zwyczajne życie zamienione w jedną zwykłą przygodę – właśnie za to kocham opowieści o piratach.

Na takie właśnie elementy gry liczyłem zasiadając do pierwszej rozgrywki w Martinique Emanuele Ornellii. Znalazłem je i to w ogromnej dawce.W sumie za pierwszym razem rozegraliśmy, aż trzy partie – tak bardzo wciągnęła.

Celem gry jest odnalezienie pirackiego skarbu. Został on ukryty na wyspie, do której przypływają dwie wrogie sobie pirackie ekipy. Na początku rozgrywki rozlokowują się na linii brzegowej, a następnie ruszają na poszukiwania. Po drodze znajdują mnóstwo elementów, które kolekcjonują jako mniejsze skarby. Przeczesują wyspę, aż do momentu gdy padną z wyczerpania na stołku w The Hook – najpodlejszej knajpie na świecie. Tam to rozpoczynają dyskusję ze swoimi oponentami na temat zakopanego skarbu, posiłkując się przy tym skrawkami mapy, a następnie ruszają by go odkopać.

Tak właśnie wygląda rozgrywka w grę Emanuele Ornellii. Trwa około 20-30 minut i dostarcza niebywałej zabawy dorosłym oraz młodszym graczom.

Nie przepadam za losowością w grze, jednak ta w Martinique nie przeszkadzała mi. A jest jej naprawdę sporo. Gracze, zamiast rzucać kostkami, poruszają się o liczbę pól określoną na kafelkach, które w każdej rozgrywce są inaczej rozmieszczone. Los decyduje również o kolekcjonowaniu małych skarbów, no i oczywiście o współrzędnych tego najważniejszego. Przypadkowość dosłownie zamienia planszę w pole niesamowitej przygody.

Na początku wielu graczy ma dwa odczucia. Pierwszym jest podobieństwo do gry w statki – skarb typuje się za pomocą obstawiania pól oznaczonych cyframi oraz literami. Drugim, wrażenie, że rozgryzło się system. Błąd. Widziałem graczy, którzy na chybił trafił odkopywali kosztowności, wygrywali mimo, że przeciwnik miał więcej od nich informacji, czy też wprowadzali oponenta w błąd by nikt nie odkopał głównego skarbu, a oni sami odnosili zwycięstwo poprzez ogromną kolekcję małych skarbów.

Pod względem wykonania, gra reprezentuje najwyższy poziom. Elementy są wykonane z drewna i mocnej tektury, solidne i kolorowe. Plansza po wielu rozgrywkach nadal wygląda jak w dniu zakupu.

Jedynym minusem gry jest ograniczona liczba graczy. Aż się prosi by twórca stworzył dodatki pozwalające na rozszerzenie z dwóch do trzech lub czterech pirackich ekip. Uczyniłoby to z Martinique produkt idealny na imprezy.

Emanuele Ornella Martinique,Wydawnictwo Axel

Ocena 9.5/10