Wydawnictwo Literackie

Pragnienie –książka, którą zapamiętasz

Literacka perła!

Pragnienie pokazuje, że jeszcze 9 lat temu Flanagan był mistrzem narracji (Ścieżek północy nie czytałem, więc nie mogę wypowiadać się o formie pisarza z 2013 roku). Na początku roku, dzięki Wydawnictwu Literackiemu, ukazało się polskie wydanie tej intrygującej powieści. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich czytelników kochających dobrze opowiedziane historie.

Pragnienie –  autor Klubu Pickwicka i kolonizacja Ziemi Van Diemena

Akcja powieści rozgrywa się w dwóch miejscach.

Pierwszym jest środowisko Tasmanii, czyli lokalizacja, w którą  Flanagan kocha pakować bohaterów swoich książek. Tam to przybywa wraz z małżonką nowy gubernator wyspy. Sir John Franklin jest znanym angielskim odkrywcą, lubującym się w podróżach w lodowe ostępy. Swoje stanowisko dostaje tylko ze względu na poważanie w Starym Świecie. Natomiast Lady Jane jest wzorową żoną, zrozpaczoną niemożliwością posiadania własnych dzieci. Para przybywając na wyspę zostaje powitana występem artystycznym  garstki Indian, tych którzy przeżyli przyjazd kolonizatorów. Wśród tubylców jest śliczna dziewczynka, którą od razu postanawia zaadaptować Angielka.

Drugim miejscem jest Anglia, kilka lat po wydarzeniach rozgrywających się w Tasmanii, w której tworzy Charles Dickens. Uznany pisarz ma „mały kłopot” z małżeństwem. Wtem pojawia się propozycja od Lady Jane, by zaangażował się w sztukę, która uratuje dobre imię zmarłego podczas ekspedycji na Arktykę Sir Johna Franklina.

Nie zależnie od klimatu, czasu  i położenia geograficznego, każdego z bohaterów dręczy pragnienie osiągnięcia „czegoś, co uważa za istotne dla siebie lub ogółu”. Im bardziej są one donioślejsze, w tym większe kłopoty wpędzają bohaterów.

Pragnienie – gnoza na Ziemi Van Diema

Dawno nie czytałem powieści tak bardzo przesiąkniętej gnozą. Tadeusz Miciński byłby zachwycony.

W Księdze ryb Flanagan pisał o świecie złym, przepełnionym wielką niesprawiedliwością, ale z katorgo dało się „mniej lub bardziej” uciec. W Pragnieniu jest odwrotnie. Z ust bohaterów padają potwierdzenia, że Bóg nie interesuje się światem i ludźmi, pozostawił ich samym sobie. Niektórzy doświadczają oświecenia (o dziwo Ci, którzy wywodzą się z ludów prymitywnych) i odkrywają prawdę, tak bardzo przerażającą.

Rzeczywistość mieszańców Ziemi Van Diema – tubylców, osadników oraz osób związanych z kolonią karną —  jest naprawdę obłąkana. To świat brutalny, prowadzący donikąd, którym interesuje się tylko Szatan (nawet zaczynają go wyznawać). Porządne jednostki tracą morale, kryminaliści stają się jeszcze bardziej obojętni na krzywdę i ból, króluje nierząd i litry alkoholu.

Pragnienie – ocena

Czytając Pragnienie, miałem wrażenie, że siedzę w pociągu, który pędzi ku przepaści. Z kartki na kartkę losy bohaterów nabierają znamion coraz większej t­ragedii.

Powieść Flanagana nie należy do łatwych, ale jej lektura pozostawia po sobie doskonały smak. Jest to ambitna publikacja, której warto poświęcić czas.

Ocena: 9/10

Richard Flanagan, Pragnienie, Wydawnictwo Literackie, 2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za możliwość przeczytania książki

 

Indyk beltsville

Jestem przekonany, że Indyk beltsville na pewno już leży na półkach większości miłośników prozy Jerzego Pilcha. Szczególnie, że książka jest dostępna od listopada 2016. Dlatego ten tekst kieruję do wszystkich czytelników mojego bloga, którzy nie znają dzieł prozaika lub czytali tylko kilka historii spod jego pióra.

W tym miejscu chciałbym zwrócić się do osób, które osądzają twórczość pisarza po przeczytaniu Pod Mocnym Aniołem – a znam sporo takich. To powieść z 2000 roku, a więc z okresu gdy Pilch od 12 lat był na rynku wydawniczym, i nieźle już zdążył tam namieszać (Nagroda Fundacji im. Kościelskich, Paszport „Polityki” oraz podwójne zmagania się o Nike mówią same za siebie). Stąd, do wiadomości „oceniających po jednej książce” – Pilch inaczej pisał w swoich pierwszych publikacjach, inaczej u szczytu ponownego odkrycia (po Bezpowrotnie utracona leworęczności Pod Mocnym Aniołem), a inaczej teraz, gdy tkwi na pozycji liderów prozy polskiej.

Indyk beltsville – trzy tomy i kilka nowych opowiadań

A więc jak wygląda pisarstwo Pilcha? O tym można przekonać się sięgając po książkę Indyk beltsville. Jest to przekrojówka jego twórczości, będąca zestawieniem trzech tomów opowiadań – Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej (1988, debiut autora), Bezpowrotnie utracona leworęczność(1998) i Moje pierwsze samobójstwo (2006), Dodatkowo, w książce znajduje się 6 opowiadań, które ukazały się w druku, ale dopiero teraz znalazły się w książce sygnowanej nazwiskiem autora.

774 strony doskonałej prozy, udowadniającej jak wielki geniusz drzemie w Pilchu. Indyk to również świadectwo postrzegania rzeczywistości w ciągu minionych 30 lat, zmieniającego się wraz z kolejnym dziesięcioleciem, ale wciąż zawierającego pokłady nostalgii ironii oraz dobrego humoru. I ten język Pilcha – kto nie zna, musi koniecznie poznać mistrzowski storytelling.

Czyta się naprawdę nieźle. Mi Indyk smakował najlepiej z popołudniową mocną kawą lub szklanką dobrej whiskey wieczorową porą. Dawka 3-4 opowiadania na raz pozwalała naprawdę zrelaksować się po ciężkim dniu. I taki sposób czytania polecam wszystkim (pełnoletnim, jeżeli sięgną po alkohol) czytelnikom.

Indyk beltsville – ocena

Będzie krótko. Osoby, które poczuwają się do miana kulturalnych, chcących być  na czasie z literaturą współczesną, muszą znać twórczość Pilcha. Od kilku lat jest klasykiem literatury polskiej, którego każda nowa książka jest wyczekiwana od miesięcy.

Kto jeszcze nie czytał ma szansę.

Moja ocena: 10/10

Jerzy Pilch, Indyk beltsville, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuje Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki.

 

Najsłynniejsze drzewko świata – Historia świątecznej choinki

Dobrze jest usiąść w zimowy wieczór pod choinką, zaparzyć herbatę, chwycić ze świątecznego stołu ostatnie kawałki ciasta i odpłynąć wraz z książką Historia świątecznej choinki. Sprawdziłem to i potwierdzam, książka ks. Józefa Naumowicza „zwiększa magię świąt w Świętach Bożego Narodzenia”.

Publikacja jest też świetnym dopełnieniem do drugiej książki księdza, która również ukazała się w tym roku – Narodziny Bożego Narodzenia. Natomiast dla osób zainteresowanych tematem choinki od strony historii kultury i sztuki Historia świątecznej choinki może być doskonałym wstępem do rozpoczęcia badań. Polecam im połączenie lektury z publikacją Katarzyny Smyk Choinka w kulturze polskiej. Symbolika drzewka i ozdób.

Jak powstała choinka? – Historia świątecznej choinki

Moje kochane dzieci,
był taki czas na świecie,
ze wcale nie było choinek,
ani jednej, i dzięcioł wyrywał sobie piórka
z rozpaczy, i płakała wiewiórka,
co ma ogonek jak dymiący kominek.

Ciężkie to były czasy niepospolicie,
bo cóż to, proszę was, za życie
na święta bez choinki, czyste kpinki.

Tak pisał Kontenty Ildefons Gałczyński,  jeden z najwybitniejszych polskich poetów. Jego słowa mogłyby stać się mottem do książki ks. Naumowicza z dwóch powodów: pięknie wprowadzają do tekstu publikacji, a także są napisane takim samym ciepłym językiem jak Historia świątecznej choinki. Opowieść o choince czyta się, a raczej pochłania się, wybornie.

Jednakże ciepłym nie znaczy, pozbawionym naukowości. Wręcz przeciwnie. Ks. Naumowicz badacz i członek PAN  świetnie sobie radzi jako pisarz. Ma niezwykły dar przekształcania suchych i nudnych informacji w inspirującą opowieść o świątecznym drzewku. Historię świątecznej choinki czyta się jak gawędę i już planuje się co nowego wprowadzi podczas świętowania kolejnego Bożego Narodzenia.

Publikacja odpowiadająca na pytanie „jak powstała choinka?” podzielona jest na siedem rozdziałów. Pierwsze trzy dotyczą genezy oraz znaczenia tradycji ubierania drzewa (na początku wcale to nie była choinka, ale o tym więcej w tekście). Czwarta część nosi miano Debata o pochodzeniu i na pewno spodoba się kulturoznawcom i antropologom.  Kolejna przypadnie do gustu miłośnikom dobrej literatury, jej tytuł mówi sam za siebie – Choinka w literackiej szacie. Książkę zamykają rozdziały odnoszące się do choinki w polskiej tradycji oraz rzymskiej i papieskiej.

Historia świątecznej choinki – komu spodoba się książka

Historia świątecznej choinki została wydana tak, by zdobyć serca jak największej liczby czytelników. Ciekawie napisana treść wzbogacona jest o ilustracje, szkice oraz zdjęcia. Jest ich naprawdę mnóstwo, a co za tym idzie wzbudzą zainteresowanie małych i dużych odbiorców. Ogromną rolę pełni tu czcionka. Jej przejrzystość i wielkość spodobają się osobom w podeszłym wieku.

Moja ocena: 8,5/10

Ks. Józef Naumowicz, Historia świątecznej choinki, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

 

Muza

Jessie Burton, po „wielkim wejściu” do świata literatury, nie spoczęła na laurach. Dwa lata po Miniaturzystce  wydala drugą powieść, którą przyjęto z ogromnym entuzjazmem.

Muzę trzymałem w dłoniach jeszcze kilka tygodni przed polską premierą. Jednak nie przypadła mi ona do gustu (skąd więc ocena 8/10? Odpowiedź znajduje się w tekście).

Muza  to „średniej jakości opowiastka” rozgrywająca się w dwóch przestrzeniach czasowych. W pierwszej, czarnoskóra emigrantka próbuje odnaleźć się w Londynie z lat 70-tych. Otrzymując upragnioną pracę – stenotypistki w galerii sztuki, trafia na zagadkę niezwykłego obrazu.  Malowidło prawdopodobnie jest nieznanym dziełem hiszpańskiego malarza, który zginął podczas wojny. W drugiej przestrzeni pojawia się  hiszpańska prowincja, w przeddzień wybuchu wojny domowej. Bohaterką rozgrywającej się tam historii jest dziewczyna, która ma talent malarski, ale obawia się rozpoczęcia profesjonalnej kariery artystycznej – drzwi do jej sukcesu zamyka ojciec z przestarzałymi poglądami .

Mimo, że oba czasy powieści dzieli trzydzieści lat różnicy, to czarnoskórą dziewczynę z Londynu i mieszkańców posiadłości w Andaluzji łączy o wiele więcej, niż zagadkowy obraz. Muza to opowieść o szukaniu akceptacji i jej wiecznym braku ze strony otoczenia. Takie gonienie za króliczkiem. Zarówno środowisko londyńskie, jak też artystyczne są zamknięte na obie bohaterki. Problemem stają się: pochodzenie, kolor skóry oraz płeć.

Autorka pokazuje, że dyskryminacja wciąż była i jest w modzie. Nie ważne, czy czytelnik przeniesie się do czasów generała Franco, czy 30 lat później do Londynu, czy też spojrzy na otaczającą go teraz rzeczywistość, zawsze natrafi na rzesze ksenofobów, osób zabraniających, szufladkujących i zawistnych wobec wszystkiego, co inne lub co nie idzie w parze z ich religią lub przekonaniami.

Burton nie akceptuje tych krzywdzących klasyfikacji. Stawia swoje bohaterki do konfrontacji ze złem, każe im walczyć do końca. Tym samym uczy czytelnika, że nie może być on biernym na zło czynione wobec innych oraz przestrzega, by sam nie był źródłem upokorzeń.

To właśnie najpiękniejsze jest w tej powieści i dlatego wystawiam Muzie wysoką ocenę.

Moja ocena: 8/10

Jessie Burton, Muza, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

Chichotnik – zabawne wiersze i oryginalne ilustracje

chichotnik_m_d99cd28a67_dc3ef3a38a-jpg1Napisać o książce Chichotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, że to książka dla dzieci, to nic nie napisać. Barbara Gawryluk (osoba odpowiedzialna za wybór wierszy) i Elżbieta Wasiuczyńska (ilustratorka, która wykonała mega imponująca pracę), na 80 stronach zbioru, przeniosą  najmłodszych, a także każdego rodzica lub dziadka, do ich dziecięcego świata, zagrzebanego we wspomnieniach.

Czytelniku tego bloga, jeżeli w domu masz małe dzieci lub szukasz wyjątkowej książki na prezent dla przedszkolaka lub ucznia pierwszych klas szkoły podstawowej, doradzam Ci  wybór Chichotnika. Dlaczego? O tym poniżej.

Dwa powody, dla których warto posiadać Chichotnik

Dokonując wyboru wierszy, Dorota Gawryluk zwróciła uwagę na połączenie twórczości „starych” poetów ze współczesnymi. Oprócz Fredry, Tuwima i Brzechwy, pojawia się w Chichotniku twórczość Kerna, Chotomskiej, czy też Agnieszki Frączek (którą odkryłem dopiero kilka miesięcy temu i jestem zachwycony jej utworami dla dzieci).

Wszystkie wiersze mają wywołać u czytelników uśmiech i radość. Czy udaje się im? Ja świetnie się przy nich bawiłem. A co więcej, doceniam, że Chichotnik zawiera treść pozbawioną przemocy co w dobie zabawnych kreskówek i wesołych gier jest ewenementem.

Drugim powodem jest praca Elżbiety Wasiuczyńskiej. Artystka wykonała do każdego z utworów ilustracje, które wbijają w fotel. Własnoręcznie zaprojektowane postaci zostały wycięte i połączone z elementami tła, a następnie przeniesione na papier. Zabawa cieniami, kolorami, magią trójwymiaru utrwalonego na płaszczyznie kartki, daje ogromną frajdę w oglądaniu książki. Myślę, że osoby związane z branżą ilustratorską będą w 7 niebie, gdy otworzą Chochotnik na dowolnej stronie.

O tym jak wyglądała praca nad warstwą graficzną można dowiedzieć się zaglądając na stronę książki. Jej adres to: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4092/Chichotnik-czyli-ksiega-smiechu-i-usmiechu

Warto również zajrzeć do wideo. W nim to obie panie opowiadają o genezie książki.

Chichotnik – powrót do krainy dzieciństwa

Są utwory, do których się wraca po latach i odpływa się na fali wspomnień. Do czasów, gdy robiło się wszystko „po raz pierwszy”, zabrała mnie większość wierszy znalezionych w tej książce. Chichotnik jest magiczną publikacją, która zainteresowała mnie już samą okładką, a po otworzeniu pierwszej strony wciągnęła i na pewno coś we mnie zmieniła na lepsze.

No i zawiera zabawną treść, która pozwala się zrelaksować i doskonale poprawić humor. Dlatego daję jej najwyższą notę.

Moja ocena: 10/10

Chochotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie Chichotnika.

Krótka historia siedmiu zabójstw – Bob Marley, gangi i strumień świadomości

UWAGA! Mimo, że została nagrodzona Bookerem 2015, Krótka historia siedmiu zabójstw nie jest pozycją dla wszystkich.

Nie myślę  tu o osobach mających alergię na książki liczące prawie 750 stron. Chodził mi o te, brzydzące się przemocą, brutalnością … a także brakiem zachowania poprawności językowej. Tak, to nie jest prezent dla polonistki.

Jeżeli jednak, Czytelniku, chcesz spróbować swoich sił i zmierzysz się z Krótką historią siedmiu zabójstw Marlona Jamesa, czeka Cię niesamowita, bardzo krwawa i brutalna przygoda w rytmach reggae. Warto ją przeżyć, choćby po to, by przekonać się, że klimaty gangów, skorumpowanych policjantów i polityków nie są zarezerwowane tylko dla autorów zalewających wciąż rynek czytadeł, ale świetnie sprawdzają się w literaturze najwyższych lotów.

Krótka historia siedmiu zabójstw – to opowieść  o…

james_krotka-historia_7Przed rozpoczęciem pisania tego tekstu, zajrzałem do sieci w celu sprawdzenia, co o książce Jamesa piszą inni recenzenci. Dużo skupia się tylko na wątku wymienionym w blurbie przez Wydawnictwo Literackie – kulisy zamachu na Marleya (tak, tego Boba Marleya). Oczywiście, w pełni zgadzam się z tym, ale widzę w Krótkiej historii siedmiu zabójstw znacznie więcej niż opowieść o gangach, mafii, czy przedstawicielach skorumpowanej na każdym szczeblu władzy.

To opowieść o człowieczym losie. Świat w Krótkiej historii nie jest idealny. Rządzi nim „miejska predestynacja” – z jamajskiego getta nie da się wyrwać. Oczywiście, istnieje świat zewnętrzny, gdzie chodzi się na rozbój, ale wewnątrz wspólnoty biedaków, bandytów oraz wszelakich przestępców, tylko nielicznym udaje się wyrwać. Reszta skazana jest na rzeczywistość wypełnioną bronią, narkotykami, sutenerstwem oraz porachunkami.

To także opowieść o źle, które drzemie w każdym z nas i tak naprawdę nie da się go pokonać.

Krew leje się strumieniami, a opisy działań zachwyciłyby markiza Sadea. Nic dziwnego, że powieść zainteresowała HBO. Jeśli producenci postarają się, będzie jeszcze więcej krwi i trupów niż w Grze o tron.

Krótka historia siedmiu zabójstw – język i strumień  świadomości

To mogłoby być zwykłe czytadło. Nawet te niecałe 750 stron dałoby się przełknąć, jak kolejną powieść Lee Childa lub nieżyjącego, a wciąż publikującego Ludluma. Mogło, gdyby Marlon James nie zdecydował się na strumień świadomości i zastosowanie specyficznego języka.

Strumień jest jakby wyjęty ze Wściekłości i wrzasku Faulknera i wsadzony do opowieści dziejącej się w czasach nam współczesnych. Czyta się to bardzo ciężko, co chwila zastanawiając się nad przeczytaną treścią.

Uzupełnia go język.  Wojna polsko ruska Masłowskiej przy Krótkiej historii siedmiu zabójstw to traktat napisany piękną polszczyzną. Na przykład, gdy wypowiada się niepiśmienny Bam-Bam jego język wypełniają nie tylko przekleństwa z języka ulicy, ale też błędy językowe i ortograficzne:

Męszczyzna, co wygląda jak biały, ale potrafi gadać jak czarnuh jak potrzeba, śpiewa, że nadejdą lepsze dni. Kobieta, co sie ubiera jak królowa i co geto zaczyna ją obhodzić dopiero, jak wezbra i sie przeleje na Kingston, śpiewa, że muszą nadejść lepsze dni. Ale najpierw nadhodzą gorsze.

Po takim rozdziale, polonistów trafi szlag, a może jakby to Bam-Bam powiedział trawi szlak.

Krótka historia siedmiu zabójstw – ocena

W tym roku Wydawnictwo Literackie wypuściło też konkurenta Krótkiej historii do nagrody Bookera. Są nim Rybacy, o których pisałem tutaj. Porównując te dwie książki muszę przyznać ze smutkiem, że żałuję, że Obioma nie wygrał ze swoją magiczną opowieścią.

Co nie znaczy, że opowieść Marlona Jamesa jest gorsza. Daję jej zasłużone 9,5/10, bo wciąga i jest majstersztykiem literackim. Jednak wolałbym by odznaczenie zgarnęli Rybacy – do dziś jestem zachwycony książką.

Moja ocena: 9,5/10

Marlon James, Krótka historia siedmiu zabójstw, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem na długo przed premierą od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo!

Księga ryb Williama Goulda –ryby, skazańcy i szalony komendant w złotej masce

Księga ryb Williama Goulda może być znana już wielu czytelnikom, bowiem polskojęzyczne wydanie książki ukazało się już w 2004 roku – trzy lata po premierze w Australii. Natomiast osoby, które nie czytały tej wybitnej powieści, mogą zapoznać się z jej treścią dzięki Wydawnictwu Literackiemu.  We wrześniu opowieść o malarzu ryb trafiła na księgarniane półki.

Szczerze, publikacja jest warta przeczytania i dostaje ode mnie najwyższą notę.

To opowieść o książce, którą stworzył skazaniec William Gould. Najpierw trafia ona do współczesnego czytelnika. Pochłania go, w pewien sposób przemienia i łączy z autorem – znalazca odtwarza Księgę ryb Williama Goulda. Drugą postacią jest tytułowy Gould, rzezimieszek z talentem malarskim. Osadzony na wyspie robi wszystko by przetrwać. Jego zdolności wykorzystują Ci, którzy mają władzę na wyspie skazańców, w tym miejscowy lekarz– zleceniodawca ilustracji morskiej fauny.

Księga ryb Williama Goulda – nowe Jądro ciemności

W utworze Conrada bohater zbliżał się w stronę rdzenia zła. U Flanagana już w nim jest. W samym centrum. Zło widoczne jest na wielu poziomach.

flanagan_ksiega-ryb_williama_gouldaPierwsze to intrapersonalne – Wiliam Gould nie jest postacią niewinną, jako skazaniec próbuje przeżyć za wszelką cenę, czasami wbrew regułom prawa i etyki. Zdaje sobie z tego świadomość i próbuje jakoś zachować moralność, ale (często) nadaremnie.

Podobnie zło jest dostrzegalne u jego współtowarzyszy i służbie więziennej – interpersonalne . To co dzieje się w obszarze więzienia i po za nim – traktowanie tubylców – może nieźle przerazić czytelnika. Działania i poglądy wspomnianego lekarza, zleceniodawcy Goulda, kojarzą się z działaniami zbrodniarzy w obozach koncentracyjnych.

Nad skazańcami władzę sprawuje komendant – postać trochę  przypominająca Kutza z Jądra Ciemności. Jego wygląd (szaleniec nosi złotą maskę na twarzy), pochodzenie, to kim jest i o czym marzy, przyprawią wrażliwych czytelników o gęsią skórkę.

Komendant jest bardzo pomysłowym człowiekiem, który na Ziemi van Diemena próbuje z marnym skutkiem przenieść nowości z Europy do krainy wombatów i kangurów (miedzy innymi: buduje mini kolej czy też kasyno). Jego największym marzeniem jest stworzenie z kolonii karnej miasta-utopii. Najpierw przekształcającej wyspę-więzienie w miasto, a następnie w większe, jeszcze doskonalsze więzienie, wyróżniające się wielką ciszą. Flanagan opisuje zamysł szaleńca, nadając koncepcji trafną nazwę: „sterylna komunikacja”:

Chciał, żeby miasto było milczące. Żeby ludzie już nie rozmawiali ze sobą, tylko porozumiewali się za pomocą skomplikowanego systemu wiadomości przekazywanych na piśmie. Miały one być zwijane i umieszczane w małych drewnianych cylindrach, dzięki działaniu sprężonego powietrza przesyłanych dalej rurami w odpowiednie miejsce, czyli do osoby, dla której były przeznaczone.

Prawda, że przerażające?

Księga Ryb Williama Goulda – symbolizm i gawędziarstwo

W powieści mnóstwo jest symboli. Można szukać ich w opisywanych wydarzeniach, postaciach, rekwizytach, w tym samej księdze.  Każdy z rozdziałów jest poświęcony określonemu stworzeniu morskiemu, które to przypisane jest określonej postaci z kart powieści. Tu jako ciekawostkę należy podać, że rysunki w książce zostały namalowane przez autentycznego Williama Beuelowa Goulda, który portretował ryby, ptaki i rośliny w XIX wieku (opowieść snuta przez Flanagana korzysta bardzo wybiórczo z życiorysu realnej postaci).

Priorytetem w Księdze ryb jest gawędziarstwo. A właściwie potrzeba opowieści. Księga sama w sobie jest symbolem opowieści. Jej studiowanie, dla każdego kto ją znajdzie, kryje w sobie  nigdy nie kończącą się gawędę o samym sobie – taką, która musimy układać wciąż od początku. Dlatego wciąga współczesnego czytelnika, a gdy ją gubi, nakazuje mu stworzenie nowej. A ten robi to z konieczności opowiadania.

Książkę polecam każdemu, w szczególności osobom przekonanym o tym, że potrafią opowiadać dobre historie.

Moja ocena: 10/10

Richard Flanagan, Księga ryb Williama Goulda, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo!

Czterdzieści i cztery – o tym jak Słowacki wydał wyrok śmierci

piskorski_czterdziesciMiałem to szczęście, że najnowsza książka Krzysztofa Piskorskiego trafiła do mnie miesiąc przed premierą. Spora ilość pracy spowodowała, że do Czterdzieści i cztery siadałem tylko na chwilę, aż do minionego weekendu. Ponad 400 stron połknąłem za jednym zamachem.

To jest bardzo dobrze napisana opowieść, choć na początku wydała się miernym czytadłem. Łącząca w sobie steam punka ze szczyptą political fiction i kilkoma kroplami S-F. Oprócz miłośników powyższych klimatów, po Czterdzieści i cztery powinny sięgnąć osoby związane z filologiami, szczególnie polonistyką.

Słowacki, latające statki i Byron na wózku – Czterdzieści i cztery

Eliza Żmijewska jest ostatnią kapłanką zapominanego pogańskiego bóstwa Żmija, a przy okazji ma swój udział w walkach powstańczych. Jako przyjaciółka Emilii Plater, jest wściekła na Konrada Załuskiego za jej śmierć. Wspomniany mężczyzna, przebywający w Londynie, nie przyszedł z pomocą dla powstańców, przez co oddział Plater poniósł sromotną klęskę.

Na szczęście w 1844 roku Juliusz Słowacki, szef Rady Emigracyjnej, wręcza Elizie kopertę z rozkazem zabicia Załuskiego. Ta z radością przyjmuje wyzwanie i rusza. Po drodze spotyka postaci znane nam z podręczników historii oraz literatury. Jest i Mickiewicz, i Byron, twórcy Scotland Yardu, Napoleon i wielu innych. Eliza poznaje też wielkiego świerszcza, który ma przy sobie głowę mężczyzny. Ta głowa jest w pełni świadoma, a do tego mówi.

Wszystko do jednego wora, a wór do Czterdzieści i cztery

Już po kilku stronach czytelnik orientuje się, że Piskorski uczynił z książki jeden wielki zbiór, do którego wsadził tradycyjnego steam punka (wielki plus za hołd dla maszyny maszyny różnicowej Babbagea), poltical fiction,  równoległe światy oraz zabawy z czasem oraz sławońskie wierzenia, żywe trupy i stwory wyjęte z powieści S-F.

Jednak udało mu się uczynić z tego miszmasz, coś wyjątkowego. Czterdzieści i cztery czyta się z wielką przyjemnością. Czasami lektura budziła w moich myślach skojarzenia z Lodem Dukaja, jednak zobaczyło się, że to tylko złudzenie.

Liczba i rzeczywistość – Czterdzieści i cztery

Piskorski idealnie zbudował świat, w którym powstańcy walczą z zaborcami, strzelają działa eterowe, a bramy teleportują do kolejnych wersji Europy z 1844 roku. Główny wątek wzbogacony jest tekstami wypływającymi spod piór osób ważnych dla tego czasu, a także fragmentami dzieł literackich przerobionych tak, by nadawały uwiarygodnienia powieści.

Dużą wagę dla przebiegu akcji odgrywa liczba 44. Szybko okazuje się, że w powieści nie tylko oznacza ona rok akcji. Nie rozwinę jednak tego wątku, by nie psuć czytelnikom bloga przyjemności płynącej z lektury.

Licząc, że Czterdzieści i cztery zostanie dostrzeżona tak jak Cienioryt, daję książce wysoką notę.

Moja ocena 8,5/10

Krzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za umożliwienie przeczytania książki przed jej premierą

Rybacy – łowiąc swoje przeznaczenie

Chigozie Obioma stworzył powieść, którą zaliczam do grona z najważniejszych w 2015 roku, a nawet w ostatnim dziesięcioleciu. Nie na darmo był nominowany do The Man Booker Prize i dostał się do finału. Rybacy to połączenie prozy Cormaca McCarthyego z symbolami oraz wierzeniami rodem z Afryki. Wyszło niesamowicie.

Obioma_RybacyRybacy – opowieść o przeznaczeniu

Czterej bracia, mieszkańcy nigeryjskiej wsi, wymykają się z domu nad rzekę. Określając się mianem rybaków próbują „złapać coś” na swoje wędki. Pewnego dnia spotykają szaleńca, który przepowiada śmierć najstarszego. W ten sposób w ich rodzinie pojawia się, rosnący ze strony na stronę, strach przed spełnieniem wróżby.

Prosta fabuła? Bardzo prosta, ale za to jak doskonale przekazana!

Opowieść zbudowania jest według zgrabnego schematu. W samym sercu historii tkwią trzej bracia, którzy robią wszystko, by porozumieć się z czwartym. Obok nich Obioma umieszcza Matkę, również walczącą o świadomość najstarszego dziecka, oraz ojca, o którym za chwilę. Wokół rodziny roztaczają się trzy warstwy: 1) fatum, 2) wiary i marzeń oraz 3) wydarzeń dnia codziennego i tych mających miejsce w przeszłości.

Takiej opowieści nie powstydziłby się wspominany McCarthy. Podobnie jak u autora Krwawego Południka i Rączych koni czytelnik znajduje u Obiomy brutalny świat, w którym największe niebezpieczeństwo płynie od drugiego człowieka, opanowanego manią władzy lub chęcią przeżycia. Wiele podobieństw jest też widocznych na poziomie językowym. Każde zdanie Rybaków jest wyważone i umieszczone we właściwym sobie miejscu, bez zbytecznego przegadania.

Rybacy – symbole, symbole, symbole…. i symbole

Kluczową rolę w Rybakach odgrywają dwa rodzaje symboli. Do pierwszej grupy należą te określone bezpośrednio przez narratora.  Przypisane do poszczególnych członków rodziny, szaleńca oraz wydarzeń są ściśle powiązane ze światem zwierząt. Jedynym wyjątkiem jest szaleniec, jemu został przypisany mityczny Lewiatan. Drugą grupę stanowią symbole ukryte. Miano rybaków, rzeka, ojciec i matka,  działania bohaterów i ich przemiana, noszą w sobie określone znaczenia. Ich rozszyfrowane to jedna z przyjemności płynących z lektury powieści.

Dużą wagę autor przyłożył do wplecenia w historię motywów z Biblii. Oprócz sięgnięcia po owoc z drzewa zakazanego, Obioma sięgnął również po archetyp Kaina i Abla, Ziemi Obiecanej oraz sprawiedliwego Boga Ojca, który za dobre wynagradza, a za złe karze.

Ostatni z motywów przypisany jest do Ojca braci. Czuwa on nad życiem rodziny, przez pewien czas jest nieobecny (wyjazd służbowy), ale i wówczas ma pieczę nad wszystkimi, a powracając robi rozliczenie dziecięcych uczynków. To również postać, która dwa razy obiecuje dzieciom Ziemię Obiecaną. Jest nią Kanada, do której bracia mogą dostać się jedynie przestrzegając określonych norm i zachowania.

Szaleniec Abulu – kluczowa postać w powieści Rybacy

Ponownie powraca twórczość McCartchyego. Kto czytał Dziecię Boże, na pewno dostrzeże duże podobieństwo Abulu do Lestera Ballarda . Obaj są traktowani przez społeczeństwo jako wyrzutki i są przez nie znienawidzeni, ale też obaj są na tyle groźni, że ludzie mają obawy przed ich zabiciem.

Pod względem zła charakteru Abulu bije na głowę Ballarda-  mimo, że na swoim kącie ma tylko morderstwo brata.

Jednak szalony wróżbita z Rybaków jest ciekawszą postacią. Ma dar prorokowania i otacza go aura mistycyzmu. Nawet gotowanie przez wariata  strawy ze śmieci ma w sobie coś magicznego. I choć co chwila wynika z powieści, że jego wieszczenie wywołuje największy strach w społeczności, pojawiają się fragmenty określające pozytywną wartość jego proroctw.

Ze względu na dar Abulu, nie można go zabić – tak wierzą mieszkańcy nigeryjskiej wioski. Upewniają ich wypadki, którym ulega wariat. Ani odłamki szkła, ani potrącenia przez samochody nic mu nie robią. Tuż po zajściu czuje się doskonale.

Rybacy – ocena

W dobie szybko napisanych czytadeł, taka powieści to skarb. Nie wiem ile czasu Obioma pisał Rybaków, ale przygotował powieść doskonałą w każdym calu.  Myślę, że to wystarczający powód, by przyznać jej najwyższą ocenę i umieścić na liście książek wartych ponownego przeczytania – więcej TUTAJ.

Ocena:10/10

Chigozie Obioma, Rybacy, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Literackiego – Dziękuję!

Klaśnięcie jednej dłoni – Tasmania, alkoholizm i relacje ojca z córką

klaśniecie jednej dloniPisać o wyobcowaniu na emigracji, ciężkiej pracy pioniera, rodzicielstwie, alkoholizmie i miłości w sposób taki, by czytelnik poczuł, że po raz pierwszy czyta o tych tematach. Czy to możliwe? Tak, udowodnił to Richard Flanagan w Klaśnięciu jednej dłoni.

The Times opisał powieść jako zniewalającą, robiącą ogromne wrażenie. Ja dodam do tej opinii: z warstwą językową, która hipnotyzuje .

Słowo, które zniewala – jak pisać by zaciekawić odbiorcę?

Flanagan jest mistrzem budowania historii za pomocą zestawiania słów. Zaznaczam, to nie jest „zabawa słowem”, ale prawdziwa literacka architektura, gdzie każde zdanie jest na właściwym miejscu. Znienawidzona przeze mnie Orzeszkowa, mogłaby uczyć się od niego jak tworzyć opisy, które zaciekawią odbiorcę.

Klaśnięcie jednej dłoni to nie tylko opisy, ale też operacje słowem odzwierciedlające stan emocjonalny i określone zachowanie bohaterów. Czytelnik, przepływając wzrokiem pomiędzy akapitami, odczuwa głęboką więź emocjonalną z postaciami. Do tego stopnia, że w chwili gdy przekłada ostatnią stronę powieści wielki, doświadcza pozytywnego niedosytu.

Opowieść o Tasmanii i słoweńskich imigrantach

Wszystko zaczyna się od opuszczenia domu przez kobietę. Zostawia w domu kilkuletnią córkę, mąż w tym czasie znajduje się w lokalnym barze, i znika w śnieżycy. Następnie opowieść przenosi się do czasów wczesnej młodości pozostawionej dziewczynki oraz okresu, gdy jako pełnoletnia przyjeżdża w rodzinne strony.

Sonia musiała opuścić je, ze względu na relacje z jej ojcem, jego alkoholizm i wszystko co łączyło ją z tamtejszą społecznością lokalną. O jej powrocie decyduje ważny motyw, ale bez spolerowania. Dowie się o nim każdy kto sięgnie po książkę.

Klaśnięcie jednej dłoni, to też spojrzenie na losy imigranta Bojana – ojca dziewczyny. Ciężka praca, ubóstwo, zachowanie i nastawienie tych, którzy przybyli do Tasmanii kilka-kilkanaście lat przed nim, a do tego tęsknota za ojczyzną, tą niezniszczoną okrucieństwem II Wojny Światowej, to wszystko miesza się ze sobą, zmieniając bohatera. Na kartach powieści ewoluuje, przekształcając się raz w postać, której czytelnik kibicuje, raz w taką, której nienawidzi.

Wydarzenia z roku `60 i `90, retrospekcje z młodości mamy i taty Soni przeplatają się ze sobą, tworząc z prostej historii o relacjach rodzicielskich, elektryzującą opowieść. Moim zdaniem, jedną z ważniejszych, jakie zostały wydane w ostatnich latach.

Klaśnięcie jednej dłoni – komu może się spodobać?

Na pewno miłośnikom dobrej literatury, myślącym o odpoczynku od czytadeł. To pozycja, do której wraca się myślami, przeżywa na nowo fragmenty. Tak, to jest bardzo dobra książka.

Moja ocena: 10/10

Richard Flanagan, Klaśnięcie jednej dłoni, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo!