Wydawnictwo Literackie

Czerwone dziewczyny – kilka słów o książce

Jest północ. Dobrze, że wypiłem kawę, cieszę się pod wąsem. Dobrze, bo mogę jeszcze poczytać Czerwone dziewczyny, dodaję w myślach i ponownie nurkuję w książce. Tak w skrócie wyglądały moje trzy wieczory drugiego tygodnia lipca.

Powieść Kazuki Sakuraby jest literaturą najwyższych lotów, z japońską rodziną w roli głównej. Mieszają się w niej: obyczajowa historia, realizm magiczny, a także coś, co chyba najłatwiej nazwać „japońską duszą” – elementem widocznym w powieściach Murakamiego oraz Yoshimoto, czy animacjach Miyazakiego. Czerwone dziewczyny, jak wyjaśnia genezę sagi autorka, są opowieścią o japońskich Kennedych – rodzinie odzwierciedlającej losy swojego kraju, więcej informacji w poniższym wideo:

Czerwone dziewczyny – japońska rodzina Kennedych

Tło powieści obejmuje wczesne lata po II Wojnie Światowej do czasów nam współczesnych. Po przegranej walce Japonia powoli odradza się, powstaje z popiołów i powoli staje się imperium. Każde z trzech pokoleń żyjących w tym okresie na swój sposób widzi poniesioną klęskę i reaguje na nią. Gdy rodzice próbują wspólnymi siłami odbudować świetność Kraju Kwitnącej Wiśni, młodzi wyrażają konformistyczny bunt, a ich dzieci znają wojnę tylko z opowieści dziadków i żyją po swojemu w kraju, w którym panuje już dostatek.

Linia akcji Czerwonych dziewczyn zaczyna się od pozostawienia przez „ludzi z gór” małej dziewczynki, która potrafi przewidywać przyszłość. Z czasem Manyo trafia do bogatej rodziny fabrykanta Akakuchiby, wychodząc za mąż za jego syna. Ze związku rodzi się Kemaris – bohaterka przypadła mi najbardziej do gustu. Dziewczyna jest członkinią gangu motocyklistów, walczy o wpływy w poszczególnych dystryktach, aż do pewnego incydentu. Wówczas zaczyna zajmować się mangą. Jej dziecko jest zupełnie inne, nie ma daru jasnowidzenia, nie buntuje się. Jednak i na nim spoczywa pewne zadanie – musi rozwiązać zagadkę morderstwa.

Czerwone dziewczyny – refleksja o roli kobiet

To co wypływa z treści to nie refleksje na temat trzypokoleniowych zmian w Japonii , ale opis miejsca kobiet. To one są bohaterkami sagi i to one awansują w społeczeństwie. Poczynając od najstarszego pokolenia – osób starszych od Manyo, tradycyjne życie rodzinne i ogólnospołeczne Japończyków podlega przemianom. Kobiety z odwagą zamieniają się z przysłowiowych „kur domowych”, w niezależne jednostki, potrafiące walczyć o swoje marzenia i równouprawnienie.

Myślę, że pod tym względem książka Kazuki Sakuraby przypadnie do gustu wszystkim mniej lub bardziej walczącym feministkom.

Czerwone dziewczyny – realizm magiczny

Bardzo lubię realizm magiczny rodem z Japonii. Ukryty w sadze Sakuraby najbardziej przypomina ten z powieści Murakamiego. W codzienne życie zwykłych szarych ludzi wkradają się niezwykłe wydarzenia, przedziwne postaci i są one powszechnie akceptowane. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni mają dar do takich opowieści, bowiem wychowywani są na takich, współtworzących ich kulturę i krąg wierzeń.

Czerwone dziewczyny – ocena

Czy jeszcze wrócę do tej powieści. Pewnie tak, czas pokaże. Zrobiła na mnie wrażenie, ale na pewno nie takie jak Rybacy Obiomy, z którymi spotkałem się po raz pierwszy.

Książkę polecam wszystkim miłośnikom Japonii oraz dobrze napisanych historii, a także czytelnikom stroniącym od realizmu magicznego. Ten z Czerwonych dziewczyn może ich przekonać do siebie.

Ocena: 8,5/10

Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny, Wydawnictwo Literackie,2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

Śmierć przewodnika rzecznego

Ameryka ma swojego Cormac`a McCarthy`ego, a Australia Richarda Flanagana. W lipcu 2017 ukazała się w Polsce jego kolejna powieść Śmierć przewodnika rzecznego i jest jeszcze cięższa niż Księga ryb oraz Pragnienie, o których pisałem wcześniej.

Poznaj moją opinię o innych książkach Flanagana

Precyzując, ciężki jest klimat. Każda strona jest przesycona bólem, cierpieniem, głodem. A do tego owo gnostyczne podejście do świata. Najlepszym opisem książki może być jej fragment:

Chłopak ma przesrane – powiedział Stary Bo.
I tyle.

Uwaga! To nie jest książka dla wrażliwych osób. Jednak, czytelnicy zarażeni prozą Flanagana oraz ci szukający ambitnej, trudnej, zmuszającej do myślenia lektury, powinni przeczytać Śmierć przewodnika rzecznego.

Śmierć przewodnika rzecznego – o wizjach podczas topienia się

Aljaz Cosini, mężczyzna trudniący się przewozem turystów po rzece Franklin, tonie uwięziony w podwodnej pułapce. Znajduje się w niej, bo rzucił się na pomoc tonącemu turyście. Jego agonii towarzyszą wizje przeszłości jego przodków oraz innych osób, splecione ze wspomnieniami z życia Aljaza.

Pod tą, na pierwszy rzut oka, prostą fabułą kryją się opowieści o trudach życia na Tasmanii, nieszczęściu ludzkim, miłościach poddanych próbie i ją przegrywających oraz więzach łączących syna z ojcem. Pozwala to autorowi zbudować opowieść o wyobcowaniu i wiecznym skazaniu na porażkę. Dalecy przodkowie Aljaza, rodzice, jak też i on sam starali zbudować sobie szczęśliwe życie. Jednak ich marzenia i oczekiwania legły w gruzach podczas konfrontacji z rzeczywistością.

W ostatnich chwilach bohater uzmysławia sobie, że jest przegrany. To co kochał i na czym mu zależało zostało odebrane. Jednak w samej śmierci jest coś pozytywnego, poniekąd stanowiące szczęśliwe zakończenie. Co? Odpowiedź na ostatnich kartach Śmierci przewodnika rzecznego.

Śmierć przewodnika rzecznego – książka o odnajdywaniu tożsamości

Flanagan wykorzystał swoją powieść do dyskusji na temat Tasmanii. Pokazując bohaterów walczących z tragicznym losem, ich przemyślenia oraz wiedzę i podejście do historii Ziemi van Diemena, próbuje ocenić to, co spotkało ten obszar w przeszłości.

Nie jest to ocena pochlebna. Wręcz przeciwnie. Oskarża przybyszów ze Starego Świata o zniszczenie tego, co zastali w Tasmanii wraz ze swoim przybyciem. Kolonizacja oraz zsyłanie skazańców doprowadziły do śmierci tubylców, którym odebrano siłą rodzinny dom. Na kartach Śmierci przewodnika rzecznego czytamy:

Zastanawiam się, czy pamięć o nieszczęściu tej utraty noszą też w sobie ci, którzy pierwotnie zaludniali tę ziemię. Czy zaczęło się od walki o nią? Bo chociaż Anglicy wiedzieli, że tubylcy są częścią tej ziemi, to hołdowali koncepcji, że jej właścicielem może dla własnych korzyści zostać jeden człowiek? Czy może wynikało to z idei ziemi nie jako źródła wiedzy, lecz bogactwa? Czy było tak, że biała wyobraźnia, która mocowała się z wiedzą czarnych, pokonała ją, bo wzięła w posiadanie tę krainę, która leżała u źródeł czarnej wiedzy?

Co więcej, Flanagan rozpacza nad losem ludu zamieszkującego obszar. Został on tak stłumiony, że jego przedstawiciele starali wyprzeć ze swej pamięci pochodzenie.

Nikt nie mówił nic. Przez całe stulecia nie słyszano ani słowa. Nawet pisarze i poeci milczeli na temat swojego świata.

Jednak pamięć o przodkach wygrywa starcie z europejskim kolonializmem, upomina się o swoich ludzi. A Ci odchodzą od narzuconych chrześcijańskich wierzeń do religii przodków, budzą w sobie aborygeńskiego ducha i dołączają do swojego plemienia. Jednak dzieje się to dopiero w ostatnich chwilach ich życia.

Śmierć przewodnika rzecznego – ocena

Mam kłopot z obiektywną oceną książki – bardzo cenię prozę Flanagana. I właśnie z tej miłości wpisuję 9/10. Jednak klasyfikując pod względem innych jego książek, umieszczam ją na drugim miejscu, zaraz po Księdze ryb.

Moja ocena: 9/10

Richard Flanagan, Śmierć przewodnika rzecznego, Wydawnictwo Literackie, 2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie książki

Pragnienie –książka, którą zapamiętasz

Literacka perła!

Pragnienie pokazuje, że jeszcze 9 lat temu Flanagan był mistrzem narracji (Ścieżek północy nie czytałem, więc nie mogę wypowiadać się o formie pisarza z 2013 roku). Na początku roku, dzięki Wydawnictwu Literackiemu, ukazało się polskie wydanie tej intrygującej powieści. Pozycja obowiązkowa dla wszystkich czytelników kochających dobrze opowiedziane historie.

Pragnienie –  autor Klubu Pickwicka i kolonizacja Ziemi Van Diemena

Akcja powieści rozgrywa się w dwóch miejscach.

Pierwszym jest środowisko Tasmanii, czyli lokalizacja, w którą  Flanagan kocha pakować bohaterów swoich książek. Tam to przybywa wraz z małżonką nowy gubernator wyspy. Sir John Franklin jest znanym angielskim odkrywcą, lubującym się w podróżach w lodowe ostępy. Swoje stanowisko dostaje tylko ze względu na poważanie w Starym Świecie. Natomiast Lady Jane jest wzorową żoną, zrozpaczoną niemożliwością posiadania własnych dzieci. Para przybywając na wyspę zostaje powitana występem artystycznym  garstki Indian, tych którzy przeżyli przyjazd kolonizatorów. Wśród tubylców jest śliczna dziewczynka, którą od razu postanawia zaadaptować Angielka.

Drugim miejscem jest Anglia, kilka lat po wydarzeniach rozgrywających się w Tasmanii, w której tworzy Charles Dickens. Uznany pisarz ma „mały kłopot” z małżeństwem. Wtem pojawia się propozycja od Lady Jane, by zaangażował się w sztukę, która uratuje dobre imię zmarłego podczas ekspedycji na Arktykę Sir Johna Franklina.

Nie zależnie od klimatu, czasu  i położenia geograficznego, każdego z bohaterów dręczy pragnienie osiągnięcia „czegoś, co uważa za istotne dla siebie lub ogółu”. Im bardziej są one donioślejsze, w tym większe kłopoty wpędzają bohaterów.

Pragnienie – gnoza na Ziemi Van Diema

Dawno nie czytałem powieści tak bardzo przesiąkniętej gnozą. Tadeusz Miciński byłby zachwycony.

W Księdze ryb Flanagan pisał o świecie złym, przepełnionym wielką niesprawiedliwością, ale z katorgo dało się „mniej lub bardziej” uciec. W Pragnieniu jest odwrotnie. Z ust bohaterów padają potwierdzenia, że Bóg nie interesuje się światem i ludźmi, pozostawił ich samym sobie. Niektórzy doświadczają oświecenia (o dziwo Ci, którzy wywodzą się z ludów prymitywnych) i odkrywają prawdę, tak bardzo przerażającą.

Rzeczywistość mieszańców Ziemi Van Diema – tubylców, osadników oraz osób związanych z kolonią karną —  jest naprawdę obłąkana. To świat brutalny, prowadzący donikąd, którym interesuje się tylko Szatan (nawet zaczynają go wyznawać). Porządne jednostki tracą morale, kryminaliści stają się jeszcze bardziej obojętni na krzywdę i ból, króluje nierząd i litry alkoholu.

Pragnienie – ocena

Czytając Pragnienie, miałem wrażenie, że siedzę w pociągu, który pędzi ku przepaści. Z kartki na kartkę losy bohaterów nabierają znamion coraz większej t­ragedii.

Powieść Flanagana nie należy do łatwych, ale jej lektura pozostawia po sobie doskonały smak. Jest to ambitna publikacja, której warto poświęcić czas.

Ocena: 9/10

Richard Flanagan, Pragnienie, Wydawnictwo Literackie, 2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za możliwość przeczytania książki

 

Indyk beltsville

Jestem przekonany, że Indyk beltsville na pewno już leży na półkach większości miłośników prozy Jerzego Pilcha. Szczególnie, że książka jest dostępna od listopada 2016. Dlatego ten tekst kieruję do wszystkich czytelników mojego bloga, którzy nie znają dzieł prozaika lub czytali tylko kilka historii spod jego pióra.

W tym miejscu chciałbym zwrócić się do osób, które osądzają twórczość pisarza po przeczytaniu Pod Mocnym Aniołem – a znam sporo takich. To powieść z 2000 roku, a więc z okresu gdy Pilch od 12 lat był na rynku wydawniczym, i nieźle już zdążył tam namieszać (Nagroda Fundacji im. Kościelskich, Paszport „Polityki” oraz podwójne zmagania się o Nike mówią same za siebie). Stąd, do wiadomości „oceniających po jednej książce” – Pilch inaczej pisał w swoich pierwszych publikacjach, inaczej u szczytu ponownego odkrycia (po Bezpowrotnie utracona leworęczności Pod Mocnym Aniołem), a inaczej teraz, gdy tkwi na pozycji liderów prozy polskiej.

Indyk beltsville – trzy tomy i kilka nowych opowiadań

A więc jak wygląda pisarstwo Pilcha? O tym można przekonać się sięgając po książkę Indyk beltsville. Jest to przekrojówka jego twórczości, będąca zestawieniem trzech tomów opowiadań – Wyznania twórcy pokątnej literatury erotycznej (1988, debiut autora), Bezpowrotnie utracona leworęczność(1998) i Moje pierwsze samobójstwo (2006), Dodatkowo, w książce znajduje się 6 opowiadań, które ukazały się w druku, ale dopiero teraz znalazły się w książce sygnowanej nazwiskiem autora.

774 strony doskonałej prozy, udowadniającej jak wielki geniusz drzemie w Pilchu. Indyk to również świadectwo postrzegania rzeczywistości w ciągu minionych 30 lat, zmieniającego się wraz z kolejnym dziesięcioleciem, ale wciąż zawierającego pokłady nostalgii ironii oraz dobrego humoru. I ten język Pilcha – kto nie zna, musi koniecznie poznać mistrzowski storytelling.

Czyta się naprawdę nieźle. Mi Indyk smakował najlepiej z popołudniową mocną kawą lub szklanką dobrej whiskey wieczorową porą. Dawka 3-4 opowiadania na raz pozwalała naprawdę zrelaksować się po ciężkim dniu. I taki sposób czytania polecam wszystkim (pełnoletnim, jeżeli sięgną po alkohol) czytelnikom.

Indyk beltsville – ocena

Będzie krótko. Osoby, które poczuwają się do miana kulturalnych, chcących być  na czasie z literaturą współczesną, muszą znać twórczość Pilcha. Od kilku lat jest klasykiem literatury polskiej, którego każda nowa książka jest wyczekiwana od miesięcy.

Kto jeszcze nie czytał ma szansę.

Moja ocena: 10/10

Jerzy Pilch, Indyk beltsville, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuje Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki.

 

Najsłynniejsze drzewko świata – Historia świątecznej choinki

Dobrze jest usiąść w zimowy wieczór pod choinką, zaparzyć herbatę, chwycić ze świątecznego stołu ostatnie kawałki ciasta i odpłynąć wraz z książką Historia świątecznej choinki. Sprawdziłem to i potwierdzam, książka ks. Józefa Naumowicza „zwiększa magię świąt w Świętach Bożego Narodzenia”.

Publikacja jest też świetnym dopełnieniem do drugiej książki księdza, która również ukazała się w tym roku – Narodziny Bożego Narodzenia. Natomiast dla osób zainteresowanych tematem choinki od strony historii kultury i sztuki Historia świątecznej choinki może być doskonałym wstępem do rozpoczęcia badań. Polecam im połączenie lektury z publikacją Katarzyny Smyk Choinka w kulturze polskiej. Symbolika drzewka i ozdób.

Jak powstała choinka? – Historia świątecznej choinki

Moje kochane dzieci,
był taki czas na świecie,
ze wcale nie było choinek,
ani jednej, i dzięcioł wyrywał sobie piórka
z rozpaczy, i płakała wiewiórka,
co ma ogonek jak dymiący kominek.

Ciężkie to były czasy niepospolicie,
bo cóż to, proszę was, za życie
na święta bez choinki, czyste kpinki.

Tak pisał Kontenty Ildefons Gałczyński,  jeden z najwybitniejszych polskich poetów. Jego słowa mogłyby stać się mottem do książki ks. Naumowicza z dwóch powodów: pięknie wprowadzają do tekstu publikacji, a także są napisane takim samym ciepłym językiem jak Historia świątecznej choinki. Opowieść o choince czyta się, a raczej pochłania się, wybornie.

Jednakże ciepłym nie znaczy, pozbawionym naukowości. Wręcz przeciwnie. Ks. Naumowicz badacz i członek PAN  świetnie sobie radzi jako pisarz. Ma niezwykły dar przekształcania suchych i nudnych informacji w inspirującą opowieść o świątecznym drzewku. Historię świątecznej choinki czyta się jak gawędę i już planuje się co nowego wprowadzi podczas świętowania kolejnego Bożego Narodzenia.

Publikacja odpowiadająca na pytanie „jak powstała choinka?” podzielona jest na siedem rozdziałów. Pierwsze trzy dotyczą genezy oraz znaczenia tradycji ubierania drzewa (na początku wcale to nie była choinka, ale o tym więcej w tekście). Czwarta część nosi miano Debata o pochodzeniu i na pewno spodoba się kulturoznawcom i antropologom.  Kolejna przypadnie do gustu miłośnikom dobrej literatury, jej tytuł mówi sam za siebie – Choinka w literackiej szacie. Książkę zamykają rozdziały odnoszące się do choinki w polskiej tradycji oraz rzymskiej i papieskiej.

Historia świątecznej choinki – komu spodoba się książka

Historia świątecznej choinki została wydana tak, by zdobyć serca jak największej liczby czytelników. Ciekawie napisana treść wzbogacona jest o ilustracje, szkice oraz zdjęcia. Jest ich naprawdę mnóstwo, a co za tym idzie wzbudzą zainteresowanie małych i dużych odbiorców. Ogromną rolę pełni tu czcionka. Jej przejrzystość i wielkość spodobają się osobom w podeszłym wieku.

Moja ocena: 8,5/10

Ks. Józef Naumowicz, Historia świątecznej choinki, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

 

Muza

Jessie Burton, po „wielkim wejściu” do świata literatury, nie spoczęła na laurach. Dwa lata po Miniaturzystce  wydala drugą powieść, którą przyjęto z ogromnym entuzjazmem.

Muzę trzymałem w dłoniach jeszcze kilka tygodni przed polską premierą. Jednak nie przypadła mi ona do gustu (skąd więc ocena 8/10? Odpowiedź znajduje się w tekście).

Muza  to „średniej jakości opowiastka” rozgrywająca się w dwóch przestrzeniach czasowych. W pierwszej, czarnoskóra emigrantka próbuje odnaleźć się w Londynie z lat 70-tych. Otrzymując upragnioną pracę – stenotypistki w galerii sztuki, trafia na zagadkę niezwykłego obrazu.  Malowidło prawdopodobnie jest nieznanym dziełem hiszpańskiego malarza, który zginął podczas wojny. W drugiej przestrzeni pojawia się  hiszpańska prowincja, w przeddzień wybuchu wojny domowej. Bohaterką rozgrywającej się tam historii jest dziewczyna, która ma talent malarski, ale obawia się rozpoczęcia profesjonalnej kariery artystycznej – drzwi do jej sukcesu zamyka ojciec z przestarzałymi poglądami .

Mimo, że oba czasy powieści dzieli trzydzieści lat różnicy, to czarnoskórą dziewczynę z Londynu i mieszkańców posiadłości w Andaluzji łączy o wiele więcej, niż zagadkowy obraz. Muza to opowieść o szukaniu akceptacji i jej wiecznym braku ze strony otoczenia. Takie gonienie za króliczkiem. Zarówno środowisko londyńskie, jak też artystyczne są zamknięte na obie bohaterki. Problemem stają się: pochodzenie, kolor skóry oraz płeć.

Autorka pokazuje, że dyskryminacja wciąż była i jest w modzie. Nie ważne, czy czytelnik przeniesie się do czasów generała Franco, czy 30 lat później do Londynu, czy też spojrzy na otaczającą go teraz rzeczywistość, zawsze natrafi na rzesze ksenofobów, osób zabraniających, szufladkujących i zawistnych wobec wszystkiego, co inne lub co nie idzie w parze z ich religią lub przekonaniami.

Burton nie akceptuje tych krzywdzących klasyfikacji. Stawia swoje bohaterki do konfrontacji ze złem, każe im walczyć do końca. Tym samym uczy czytelnika, że nie może być on biernym na zło czynione wobec innych oraz przestrzega, by sam nie był źródłem upokorzeń.

To właśnie najpiękniejsze jest w tej powieści i dlatego wystawiam Muzie wysoką ocenę.

Moja ocena: 8/10

Jessie Burton, Muza, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

Chichotnik – zabawne wiersze i oryginalne ilustracje

chichotnik_m_d99cd28a67_dc3ef3a38a-jpg1Napisać o książce Chichotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, że to książka dla dzieci, to nic nie napisać. Barbara Gawryluk (osoba odpowiedzialna za wybór wierszy) i Elżbieta Wasiuczyńska (ilustratorka, która wykonała mega imponująca pracę), na 80 stronach zbioru, przeniosą  najmłodszych, a także każdego rodzica lub dziadka, do ich dziecięcego świata, zagrzebanego we wspomnieniach.

Czytelniku tego bloga, jeżeli w domu masz małe dzieci lub szukasz wyjątkowej książki na prezent dla przedszkolaka lub ucznia pierwszych klas szkoły podstawowej, doradzam Ci  wybór Chichotnika. Dlaczego? O tym poniżej.

Dwa powody, dla których warto posiadać Chichotnik

Dokonując wyboru wierszy, Dorota Gawryluk zwróciła uwagę na połączenie twórczości „starych” poetów ze współczesnymi. Oprócz Fredry, Tuwima i Brzechwy, pojawia się w Chichotniku twórczość Kerna, Chotomskiej, czy też Agnieszki Frączek (którą odkryłem dopiero kilka miesięcy temu i jestem zachwycony jej utworami dla dzieci).

Wszystkie wiersze mają wywołać u czytelników uśmiech i radość. Czy udaje się im? Ja świetnie się przy nich bawiłem. A co więcej, doceniam, że Chichotnik zawiera treść pozbawioną przemocy co w dobie zabawnych kreskówek i wesołych gier jest ewenementem.

Drugim powodem jest praca Elżbiety Wasiuczyńskiej. Artystka wykonała do każdego z utworów ilustracje, które wbijają w fotel. Własnoręcznie zaprojektowane postaci zostały wycięte i połączone z elementami tła, a następnie przeniesione na papier. Zabawa cieniami, kolorami, magią trójwymiaru utrwalonego na płaszczyznie kartki, daje ogromną frajdę w oglądaniu książki. Myślę, że osoby związane z branżą ilustratorską będą w 7 niebie, gdy otworzą Chochotnik na dowolnej stronie.

O tym jak wyglądała praca nad warstwą graficzną można dowiedzieć się zaglądając na stronę książki. Jej adres to: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4092/Chichotnik-czyli-ksiega-smiechu-i-usmiechu

Warto również zajrzeć do wideo. W nim to obie panie opowiadają o genezie książki.

Chichotnik – powrót do krainy dzieciństwa

Są utwory, do których się wraca po latach i odpływa się na fali wspomnień. Do czasów, gdy robiło się wszystko „po raz pierwszy”, zabrała mnie większość wierszy znalezionych w tej książce. Chichotnik jest magiczną publikacją, która zainteresowała mnie już samą okładką, a po otworzeniu pierwszej strony wciągnęła i na pewno coś we mnie zmieniła na lepsze.

No i zawiera zabawną treść, która pozwala się zrelaksować i doskonale poprawić humor. Dlatego daję jej najwyższą notę.

Moja ocena: 10/10

Chochotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie Chichotnika.

Krótka historia siedmiu zabójstw – Bob Marley, gangi i strumień świadomości

UWAGA! Mimo, że została nagrodzona Bookerem 2015, Krótka historia siedmiu zabójstw nie jest pozycją dla wszystkich.

Nie myślę  tu o osobach mających alergię na książki liczące prawie 750 stron. Chodził mi o te, brzydzące się przemocą, brutalnością … a także brakiem zachowania poprawności językowej. Tak, to nie jest prezent dla polonistki.

Jeżeli jednak, Czytelniku, chcesz spróbować swoich sił i zmierzysz się z Krótką historią siedmiu zabójstw Marlona Jamesa, czeka Cię niesamowita, bardzo krwawa i brutalna przygoda w rytmach reggae. Warto ją przeżyć, choćby po to, by przekonać się, że klimaty gangów, skorumpowanych policjantów i polityków nie są zarezerwowane tylko dla autorów zalewających wciąż rynek czytadeł, ale świetnie sprawdzają się w literaturze najwyższych lotów.

Krótka historia siedmiu zabójstw – to opowieść  o…

james_krotka-historia_7Przed rozpoczęciem pisania tego tekstu, zajrzałem do sieci w celu sprawdzenia, co o książce Jamesa piszą inni recenzenci. Dużo skupia się tylko na wątku wymienionym w blurbie przez Wydawnictwo Literackie – kulisy zamachu na Marleya (tak, tego Boba Marleya). Oczywiście, w pełni zgadzam się z tym, ale widzę w Krótkiej historii siedmiu zabójstw znacznie więcej niż opowieść o gangach, mafii, czy przedstawicielach skorumpowanej na każdym szczeblu władzy.

To opowieść o człowieczym losie. Świat w Krótkiej historii nie jest idealny. Rządzi nim „miejska predestynacja” – z jamajskiego getta nie da się wyrwać. Oczywiście, istnieje świat zewnętrzny, gdzie chodzi się na rozbój, ale wewnątrz wspólnoty biedaków, bandytów oraz wszelakich przestępców, tylko nielicznym udaje się wyrwać. Reszta skazana jest na rzeczywistość wypełnioną bronią, narkotykami, sutenerstwem oraz porachunkami.

To także opowieść o źle, które drzemie w każdym z nas i tak naprawdę nie da się go pokonać.

Krew leje się strumieniami, a opisy działań zachwyciłyby markiza Sadea. Nic dziwnego, że powieść zainteresowała HBO. Jeśli producenci postarają się, będzie jeszcze więcej krwi i trupów niż w Grze o tron.

Krótka historia siedmiu zabójstw – język i strumień  świadomości

To mogłoby być zwykłe czytadło. Nawet te niecałe 750 stron dałoby się przełknąć, jak kolejną powieść Lee Childa lub nieżyjącego, a wciąż publikującego Ludluma. Mogło, gdyby Marlon James nie zdecydował się na strumień świadomości i zastosowanie specyficznego języka.

Strumień jest jakby wyjęty ze Wściekłości i wrzasku Faulknera i wsadzony do opowieści dziejącej się w czasach nam współczesnych. Czyta się to bardzo ciężko, co chwila zastanawiając się nad przeczytaną treścią.

Uzupełnia go język.  Wojna polsko ruska Masłowskiej przy Krótkiej historii siedmiu zabójstw to traktat napisany piękną polszczyzną. Na przykład, gdy wypowiada się niepiśmienny Bam-Bam jego język wypełniają nie tylko przekleństwa z języka ulicy, ale też błędy językowe i ortograficzne:

Męszczyzna, co wygląda jak biały, ale potrafi gadać jak czarnuh jak potrzeba, śpiewa, że nadejdą lepsze dni. Kobieta, co sie ubiera jak królowa i co geto zaczyna ją obhodzić dopiero, jak wezbra i sie przeleje na Kingston, śpiewa, że muszą nadejść lepsze dni. Ale najpierw nadhodzą gorsze.

Po takim rozdziale, polonistów trafi szlag, a może jakby to Bam-Bam powiedział trawi szlak.

Krótka historia siedmiu zabójstw – ocena

W tym roku Wydawnictwo Literackie wypuściło też konkurenta Krótkiej historii do nagrody Bookera. Są nim Rybacy, o których pisałem tutaj. Porównując te dwie książki muszę przyznać ze smutkiem, że żałuję, że Obioma nie wygrał ze swoją magiczną opowieścią.

Co nie znaczy, że opowieść Marlona Jamesa jest gorsza. Daję jej zasłużone 9,5/10, bo wciąga i jest majstersztykiem literackim. Jednak wolałbym by odznaczenie zgarnęli Rybacy – do dziś jestem zachwycony książką.

Moja ocena: 9,5/10

Marlon James, Krótka historia siedmiu zabójstw, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem na długo przed premierą od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo!

Księga ryb Williama Goulda –ryby, skazańcy i szalony komendant w złotej masce

Księga ryb Williama Goulda może być znana już wielu czytelnikom, bowiem polskojęzyczne wydanie książki ukazało się już w 2004 roku – trzy lata po premierze w Australii. Natomiast osoby, które nie czytały tej wybitnej powieści, mogą zapoznać się z jej treścią dzięki Wydawnictwu Literackiemu.  We wrześniu opowieść o malarzu ryb trafiła na księgarniane półki.

Szczerze, publikacja jest warta przeczytania i dostaje ode mnie najwyższą notę.

To opowieść o książce, którą stworzył skazaniec William Gould. Najpierw trafia ona do współczesnego czytelnika. Pochłania go, w pewien sposób przemienia i łączy z autorem – znalazca odtwarza Księgę ryb Williama Goulda. Drugą postacią jest tytułowy Gould, rzezimieszek z talentem malarskim. Osadzony na wyspie robi wszystko by przetrwać. Jego zdolności wykorzystują Ci, którzy mają władzę na wyspie skazańców, w tym miejscowy lekarz– zleceniodawca ilustracji morskiej fauny.

Księga ryb Williama Goulda – nowe Jądro ciemności

W utworze Conrada bohater zbliżał się w stronę rdzenia zła. U Flanagana już w nim jest. W samym centrum. Zło widoczne jest na wielu poziomach.

flanagan_ksiega-ryb_williama_gouldaPierwsze to intrapersonalne – Wiliam Gould nie jest postacią niewinną, jako skazaniec próbuje przeżyć za wszelką cenę, czasami wbrew regułom prawa i etyki. Zdaje sobie z tego świadomość i próbuje jakoś zachować moralność, ale (często) nadaremnie.

Podobnie zło jest dostrzegalne u jego współtowarzyszy i służbie więziennej – interpersonalne . To co dzieje się w obszarze więzienia i po za nim – traktowanie tubylców – może nieźle przerazić czytelnika. Działania i poglądy wspomnianego lekarza, zleceniodawcy Goulda, kojarzą się z działaniami zbrodniarzy w obozach koncentracyjnych.

Nad skazańcami władzę sprawuje komendant – postać trochę  przypominająca Kutza z Jądra Ciemności. Jego wygląd (szaleniec nosi złotą maskę na twarzy), pochodzenie, to kim jest i o czym marzy, przyprawią wrażliwych czytelników o gęsią skórkę.

Komendant jest bardzo pomysłowym człowiekiem, który na Ziemi van Diemena próbuje z marnym skutkiem przenieść nowości z Europy do krainy wombatów i kangurów (miedzy innymi: buduje mini kolej czy też kasyno). Jego największym marzeniem jest stworzenie z kolonii karnej miasta-utopii. Najpierw przekształcającej wyspę-więzienie w miasto, a następnie w większe, jeszcze doskonalsze więzienie, wyróżniające się wielką ciszą. Flanagan opisuje zamysł szaleńca, nadając koncepcji trafną nazwę: „sterylna komunikacja”:

Chciał, żeby miasto było milczące. Żeby ludzie już nie rozmawiali ze sobą, tylko porozumiewali się za pomocą skomplikowanego systemu wiadomości przekazywanych na piśmie. Miały one być zwijane i umieszczane w małych drewnianych cylindrach, dzięki działaniu sprężonego powietrza przesyłanych dalej rurami w odpowiednie miejsce, czyli do osoby, dla której były przeznaczone.

Prawda, że przerażające?

Księga Ryb Williama Goulda – symbolizm i gawędziarstwo

W powieści mnóstwo jest symboli. Można szukać ich w opisywanych wydarzeniach, postaciach, rekwizytach, w tym samej księdze.  Każdy z rozdziałów jest poświęcony określonemu stworzeniu morskiemu, które to przypisane jest określonej postaci z kart powieści. Tu jako ciekawostkę należy podać, że rysunki w książce zostały namalowane przez autentycznego Williama Beuelowa Goulda, który portretował ryby, ptaki i rośliny w XIX wieku (opowieść snuta przez Flanagana korzysta bardzo wybiórczo z życiorysu realnej postaci).

Priorytetem w Księdze ryb jest gawędziarstwo. A właściwie potrzeba opowieści. Księga sama w sobie jest symbolem opowieści. Jej studiowanie, dla każdego kto ją znajdzie, kryje w sobie  nigdy nie kończącą się gawędę o samym sobie – taką, która musimy układać wciąż od początku. Dlatego wciąga współczesnego czytelnika, a gdy ją gubi, nakazuje mu stworzenie nowej. A ten robi to z konieczności opowiadania.

Książkę polecam każdemu, w szczególności osobom przekonanym o tym, że potrafią opowiadać dobre historie.

Moja ocena: 10/10

Richard Flanagan, Księga ryb Williama Goulda, Wydawnictwo Literackie, 2016

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo!

Czterdzieści i cztery – o tym jak Słowacki wydał wyrok śmierci

piskorski_czterdziesciMiałem to szczęście, że najnowsza książka Krzysztofa Piskorskiego trafiła do mnie miesiąc przed premierą. Spora ilość pracy spowodowała, że do Czterdzieści i cztery siadałem tylko na chwilę, aż do minionego weekendu. Ponad 400 stron połknąłem za jednym zamachem.

To jest bardzo dobrze napisana opowieść, choć na początku wydała się miernym czytadłem. Łącząca w sobie steam punka ze szczyptą political fiction i kilkoma kroplami S-F. Oprócz miłośników powyższych klimatów, po Czterdzieści i cztery powinny sięgnąć osoby związane z filologiami, szczególnie polonistyką.

Słowacki, latające statki i Byron na wózku – Czterdzieści i cztery

Eliza Żmijewska jest ostatnią kapłanką zapominanego pogańskiego bóstwa Żmija, a przy okazji ma swój udział w walkach powstańczych. Jako przyjaciółka Emilii Plater, jest wściekła na Konrada Załuskiego za jej śmierć. Wspomniany mężczyzna, przebywający w Londynie, nie przyszedł z pomocą dla powstańców, przez co oddział Plater poniósł sromotną klęskę.

Na szczęście w 1844 roku Juliusz Słowacki, szef Rady Emigracyjnej, wręcza Elizie kopertę z rozkazem zabicia Załuskiego. Ta z radością przyjmuje wyzwanie i rusza. Po drodze spotyka postaci znane nam z podręczników historii oraz literatury. Jest i Mickiewicz, i Byron, twórcy Scotland Yardu, Napoleon i wielu innych. Eliza poznaje też wielkiego świerszcza, który ma przy sobie głowę mężczyzny. Ta głowa jest w pełni świadoma, a do tego mówi.

Wszystko do jednego wora, a wór do Czterdzieści i cztery

Już po kilku stronach czytelnik orientuje się, że Piskorski uczynił z książki jeden wielki zbiór, do którego wsadził tradycyjnego steam punka (wielki plus za hołd dla maszyny maszyny różnicowej Babbagea), poltical fiction,  równoległe światy oraz zabawy z czasem oraz sławońskie wierzenia, żywe trupy i stwory wyjęte z powieści S-F.

Jednak udało mu się uczynić z tego miszmasz, coś wyjątkowego. Czterdzieści i cztery czyta się z wielką przyjemnością. Czasami lektura budziła w moich myślach skojarzenia z Lodem Dukaja, jednak zobaczyło się, że to tylko złudzenie.

Liczba i rzeczywistość – Czterdzieści i cztery

Piskorski idealnie zbudował świat, w którym powstańcy walczą z zaborcami, strzelają działa eterowe, a bramy teleportują do kolejnych wersji Europy z 1844 roku. Główny wątek wzbogacony jest tekstami wypływającymi spod piór osób ważnych dla tego czasu, a także fragmentami dzieł literackich przerobionych tak, by nadawały uwiarygodnienia powieści.

Dużą wagę dla przebiegu akcji odgrywa liczba 44. Szybko okazuje się, że w powieści nie tylko oznacza ona rok akcji. Nie rozwinę jednak tego wątku, by nie psuć czytelnikom bloga przyjemności płynącej z lektury.

Licząc, że Czterdzieści i cztery zostanie dostrzeżona tak jak Cienioryt, daję książce wysoką notę.

Moja ocena 8,5/10

Krzysztof Piskorski, Czterdzieści i cztery, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za umożliwienie przeczytania książki przed jej premierą