film

Trzy powody dlaczego ponownie obejrzę film Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Przed napisaniem tekstu przyjrzałem się wypowiedziom internautów oraz sprawdziłem kilka blogów z recenzjami Valeriana i Miasta Tysiąca Planet. Można podzielić je na dwa rodzaje: pozytywne oraz tradycyjne wylewanie pomyj. Do drugiej grupy należą najczęściej znawcy komiksu oraz eksperci ds. kinematografii – jestem miło zaskoczony ich wypowiedziami, bo kilku  opublikowało bardzo wartościowe teksty.

Mi osobiście film przypadł do gustu, oceniam go na mocne 8/10. Z Valerianem i Laureline miałem do czynienia niewiele, kiedyś wpadło w moje ręce kilka komiksów Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a, ale nie określam siebie mianem znawcy/fana serii.

Poniżej znajdują się trzy powody, dla których obejrzę ponownie Valeriana i Miasto Tysiąca Planet:

 

Valerian jest ucztą dla oczu

Powiedzmy sobie szczerze, wyszedłem z kina zachwycony. Luc Besson stworzył świat wypełniony po brzegi kosmitami i różniącymi się od siebie lokacjami. Film jest w każdym calu dopracowany pod względem wizualnym. Wiedząc na co stać artystę stwierdzam: z chęcią obejrzałbym Star Wars  w jego reżyserii – szczególnie, że komiksowe przygody Valeriana były inspiracją dla Gwiezdnych wojen, więcej o tym w artykule: http://bit.ly/2uTOZUz

 

Valerian z filmu jest inny.

To co przeszkadzało mi w latach 90 – wtedy spotkałem się po raz pierwszy dzięki magazynowi Komiks z Valerianem i Laureline – to zbyt długie kwestie dialogowe. W komiksie para i spotkane przez nią osoby bardzo dużo mówiły (na marginesie, to co mi przeszkadzało jako dziecku, teraz bardzo cenię). Idąc na Valeriana i Miasto Tysiąca Planet spodziewałem się bardzo rozwiniętych dialogów. Na szczęście nie było. Zamiast tego akcja filmu toczyła się w bardzo szybko, czasami wręcz pędziła, nie pozwalając mi na znudzenie. Bardzo fajne kino akcji.

Należy podkreślić, że Valerian i Miasto Tysiąca Planet nie jest adaptacją konkretnego tomu komiksu. To luźna wariacja pochodząca z bogatej wyobraźni Luca Bessona.

 

Wolę Valeriana i Laureline z filmu, niż z komiksu

Dane DeHaan jest rewelacyjnym aktorem. W Valerianie. jak zwykle, daje popis swoich umiejętności aktorskich i… wygląda o wiele lepiej niż postać narysowana przez Jean-Claude’a Mézières’a.

Natomiast Cara Delevingne, której grę pewien krytyk niesłusznie porównał do Groota ze Strażników Galaktyki, dorównuje kroku DeHaan`owi. Po obejrzeniu  Papierowych miast miałem o niej nie najlepsze przekonanie, przy Legionie samobójców zmieniłem je, by po obejrzeniu Valeriana i Miasta Tysiąca Planet stwierdzić: „jest ogromna nadzieja, bo aktorka, z filmu na film, gra co raz lepiej”.

Ocena: 8/10

Komiks dostępny jest tutaj:

Valerian i Miasto Tysiąca Planet, reż Luc Besson, 2017

Demon – dybuk na weselu


Żeby zrozumieć film Demon Marcina Wrony trzeba znać kilka dzieł z zakresu literatury i filmu. Cynizm wyciągnięty z prac Smarzowskiego, wesele rodem z Wyspiańskiego, Wajdy (i znów) Smarzowskiego, słowa dialogów oraz monologów przekalkowane z utworów de la Barci, Szekspira, (ponownie) Wyspiańskiego i jeszcze kilku innych. Jednak najbardziej istotnymi są utwór literacki Szymona An-Skiego Dybuk i jego ekranizacja z 1937 roku.

Dybuk – zawładnięcie ciałem żywego człowieka przez ducha zmarłej osoby

Tekst dramatu dostępny jest pod adresem http://literat.ug.edu.pl/~literat/dybuk/index.htm Zachęcam do przeczytania. Moim zdaniem jest ciekawszy niż powieści Kinga i reszty ‚mistrzów grozy’.

Natomiast film w jidysz można obejrzeć w całości tutaj:

Historia opowiedziana w tekście literackim i ekranizacji dotyczy obietnicy danej sobie przez dwóch Żydów, odnosi się ona ślubu dzieci owych Mężczyzn. Jednak nie zostaje spełniona przez splot nieszczęśliwych wypadków.  W wyniku tego niedoszły pan młody wstępuje w ciało panny młodej i dopiero teraz zaczynają się prawdziwe kłopoty.

Co to ma wspólnego z filmem Demon? Naprawdę wiele.

Demon – wesele po polsku, demon po żydowsku

Zarówno Dybuk jak i Demon powstały na kanwie tekstów dramatów (Wrona inspirował się Przylgnięciem Piotra Rowickiego). W obu filmach duch osoby zmarłej wstępuje w żywego i ujawnia się przed szeroką publicznością w najbardziej niepożądanym momencie, czyli na weselu. Zbieżne są też próby wypędzenia niechcianego gościa i sposób w jaki kończą opętani.

Demon jest znakomitym filmem, który trzyma w napięciu, ale tez i bawi. Sposób w jaki Wrona żongluje konwencją oraz w jaki pokazuje przekrój polskiego społeczeństwa zasługuje na uznanie. Dostaje się wszystkim od egoistycznego ojca młodej przez księdza poddającego się i tracącego wiarę w religie rozwiązanie, po racjonalistę, który zaczyna wierzyć i odprawia egzorcyzm po świecku. A takich barwnych postaci w Demonie jest wiele.

Na uwagę zasługuje rola Itaya Tarina, izraelskiego aktora, który podobno wszystkich dialogów odgrywanej przez siebie (pierwszoplanowej) postaci nauczył się na pamięć. Zagrał rewelacyjnie.

Gorąco polecam! Nie tylko fanom horrorów i kina ambitnego.

Ocena: 8/10

Demon, reżyseria Marcin Wrona, 2015

Poznaj 5 powodów, dla których warto obejrzeć film „ Zjawa ”

W sieci krąży opinia-metafora o Zjawie : czołganie się DiCaprio po Oscara. Zgadzam się z nią i wierzę, że w tym roku aktorowi uda się zdobyć statuetkę. Jego gra aktorska jest na tak samo wysokim poziomie jak reżyseria Iñárritu oraz muzyka, której współtwórcą jest Ryūichi Sakamoto (kompozytor, który nieźle namieszał pod koniec ubiegłego wieku). Krótko mówiąc, 2 godziny 36 minut nagrania to rozkosz dla oczu i uszu.


Fabuła filmu rozgrywa się 1822 i jest oparta o historię amerykańskiego trapera i podróżnika Hugha Glassa, który został zaatakowany przez niedźwiedzia. Przeżył atak zwierzęcia, ale będąc rannym został pozostawiony przez swoich kompanów. Udało mu się jednak zachować życie i przemierzyć 320 km w poszukiwaniu tych, którzy go opuścili w potrzebie. Podobno wyglądał on tak:

Hugh Glass Zjawa

Iñárritu lekko zmodyfikował tę historię o wątek z synem trapera. Poturbowany przez niedźwiedzia Glass widzi jak jego dziecko zostaje zabite przez jednego z fałszywych przyjaciół. To właśnie zdarzenie motywuje go do przeżycia i dodaje sił w czołganiu się (najczęściej w taki sposób  porusza się postać grana przez DiCaprio) po śniegu i błocku, by znaleźć złoczyńców.

Zjawa nie wnosi niczego nowego do historii kina, ale jest bardzo dobrym filmem. Poniżej zamieszczam pięć powodów, dla których warto wybrać się na film Iñárritu do kina.

5 Powodów, dla których warto pójść na film Zjawa:

1.       To piękna (ale czasem przekoloryzowana) opowieść o walce człowieka z naturą. Stawką jest przeżycie kolejnego dnia.

2.       Film wypełniony jest naturalistycznymi scenami, które przerażają. Atak niedźwiedzia, krwawe walki, spore dawki bólu i cierpienia, pozwalają widzowi wejść w brutalny świat amerykańskich traperów okupujących indiańskie ziemie.

3.       Zdjęcia Emmanuela Lubezzkiego po raz kolejny udowadniają, że potrafi on urzekać „poetyckimi” obrazami, jak też zamienić obiektyw w baczne oko relacjonujące walkę w krwawej bitwie.

4.       Dobrze znane szablony (bohater pragnący zemsty, złamanie honoru i danego słowa prowadzące zawsze do klęski, czy też wędrówka bohatera, podczas której ponosi klęskę, poznaje osobę, która wskazuje mu drogę, doznaje przemiany i na koniec oczyszczenia) połączone są spójnie i wciągają widza w bieg opowieści.

5.       Obok Zjawy nie można przejść obojętnie. Wskazują na to recenzje – film jest krytykowany, albo wielbiony.

Ocena: 9/10

Alejandro González Iñárritu, Zjawa, 2016

Aferim!

AferimXIX wiek, Wołoszczyzna, dwóch jeźdźców pogania swoje konie, przedzierają się przez górskie tereny, lasy, a także rozlegle pustkowia. To policmajster Costandin i jego syn Ionita w pogoni za Cyganem Carfinem. Zrobią wszystko by dopaść zbiegłego niewolnika.

Aferim! Radu Jude jest dowodem na to, że można kręcić doskonałe filmy. Mądre, wypełnione humorem, zabawą oraz wciągające widza w wir niesamowitej przygody. A także, co jest najważniejsze w Aferim!, zmuszające do dyskusji o kondycji współczesnego świata, który od 1823 roku nic się nie zmienia.

Bowiem, mijają lata, a wciąż mamy władców (ludzi z dużą kasą), którzy mają niewolników i prawo po swojej stronie, w narodach wciąż drzemią nienawiść do innych nacji i poczucie mesjanizmu, religia i polityka wciąż idą ze sobą w parze, a zwykły szary człowiek ma wciąż te same potrzeby – zaspokoić głód, co jakiś czas dobrze się zabawić i spróbować przeżyć przygodę swojego życia.

Aferim! – to znaczy Brawo!

Do kogo skierowane są te oklaski? W języku bohaterów owo zawołanie pojawia się dość często i oznacza pochwałę. Wzajemną pochwałę postępowania i sposobu myślenia. Brawa, te prześmiewcze, w formie ironii, skierowane są do bohaterów, określających się jako chrześcijanie, ale wyznających tylko normy narzucone przez politykę, możnowładców oraz duchowieństwo.

Brawo z przymrużeniem oka skierowane jest również do Costandina, który wprowadza swego syna w dorosłość. Esencją jego poglądów jest: dobrze zabawić się, dyktować siłą swoje prawa, korzystać z wyższości nad kobietami i niewolnikami, a obcych traktować z pogardą.

Aferim! – jak snuć opowieść

Radu Jude pokazał swoim filmem, że jest świetnym storytellerem. Opowiada historię tak, że jako widz nie czułem upływu czasu.   Cały czas coś dzieje się w Aferim! A gdy akcja powinna zwolnić, pojawiają się dialogi wzbudzające na kinowej sali salwę śmiechu.

Film jest również ukłonem do ludowych gawęd, wierzeń i opowieści opartych na plotkach wyjaśniających otaczający nas świat za pomocą odwołań do niedawno minionych wydarzeń. Nadają one obrazowi Jude uroku i niepowtarzalnego klimatu.

Ocena: 10/10

Aferim!, reż. Radu Jude, 2015

Makbet – osobista opinia o adaptacji Szekspira z Michaelem Fassbenderem

Napiszę krótko. Wszędzie słyszałem pozytywne opinie o Makbecie. Dlatego z chęcią wybrałem się z Justyną do kina. Po półgodzinnej dawce nużących reklam rozpoczął się film, który okazał się jeszcze bardziej usypiający.

Część widzów wyszła podczas seansu, część spała – dosłownie!!! słyszałem chrapanie przed sobą i za sobą. A gdy wyszliśmy z sali ,słychać było rozmowy ile komu udało się obejrzeć dzieła.

Makbet. Co jest nie tak z tym filmem?

Cudowne ujęcia, zabawa kolorem, światłem, dźwiękiem – za to Oscar powinien wylądować w rękach twórców. Od pierwszego ujęcia zachwycają widza. Ba, na nagrodę uczciwie zasłużył Michael Fassbender, jego rola potęguje mroczność opowieści.

Co poszło nie tak? Obraz był monotonny, nużył długimi dialogami. To co zachwyca mnie, na przykład u Greenawaya, nie sprawdziło się w Makbecie. Ogólnie, dwugodzinna papka, która tylko zauracza wyglądem.

Nie polecam!

Makbet, reż. Justin Kurzel, 2015

ZOO – serial o zwierzętach polujących na człowieka

Na razie w sieci ukazały się tylko cztery odcinki serialu Zoo– dziś w nocy CBS wyemituje piąty epizod. Na razie jest nieźle. Na razie zwierzęta przejmują kontrolę i idzie im całkiem nieźle.

Przyznam się, że oglądając dwa pierwsze odcinki adaptacji książki Pattersona i Ledwidge miałem wrażenie jakbym widział połączenie Epidemii z Parkiem Jurajskim wepchnięte w schemat Wirusa. Jednak trzecia część serialu zmieniła moje postrzeganie. To jest inna historia.

Oto mamy bunt zwierząt, którego źródła są w USA i Afryce. Zaczyna się od lwów i kotów, do których dołączają psy, wilki, nietoperze i inne stworzenia. Zagrożenie błyskawicznie pojawia się na każdym z kontynentów. Dzieje się ot tak, po prostu. Zwierzęta zaczynają polować na człowieka, niektóre z nich wpierw dają znać, że dominacja dwunożnego gatunku panów i władców dobiegła już końca. Po naszej stronie staje grupa specjalistów z różnych zawodów, w której skład wchodzą: ekspert od zachowania zwierząt, dziennikarka-blogerka, przewodnik safari, francuska agentka oraz weterynarz patolog. Ich zadaniem jest odkrycie co się stało ze zwierzętami, dlaczego i jak je powstrzymać.

Sceny serialu to zlepek oklepanych mniejszych oraz większych szablonów, wyciągniętych z najpopularniejszych seriali, czytadeł, gier i komiksów. Jest wirus, mentor posiadający wiedzę, bohaterowie z utartym charakterem i zachowaniem, wiele sytuacji można przewidzieć, ale… Zoo jest wyprodukowane w znakomity sposób. Mam na myśli zarówno sceny ze zwierzętami, ujęcia kamery, czy też sposób prowadzenia opowieści – prosto, szybko i na temat, tak by widz nie był zmuszony do intelektualnego wysiłku, a do tego odczuwał po obejrzeniu jednego odcinka lekki głód i czekał na kolejny.

Zoo zachwyca tak, że 44 minuty upływają jak kilka sekund. Tym samym udowadnia, że przyslowiowy odgrzewany kotlet może smakować wyśmienicie. Dlatego śmiało podwajam ocenę za oklepaną schematyczność z 3 na 6/10.

Jest jednak jeden minus, który nie pozwala mi dostawić + do oceny. Drażnią mnie w serialu Zoo rozmowy między postaciami. Dialogi nie są długie, ale często sposób wypowiedzenia kwestii nie jest adekwatny do napięcia sytuacji. Jest za grzecznie i za miło.

Z niecierpliwością czekam na książkę (wyda ją w tym roku Wydawnictwo Albatros – od lat rozpieszczające czytelników powieściami Jamesa Pattersona). To będzie na pewno dobre czytadło. Na razie pozostaje mi śledzenie poczynań „ekipy od zwierząt” tylko na ekranie.

Ocena: 6/10

Birdman – recenzja

To mój drugi faworyt w wyścigu do Oscara w kategorii najlepszy film (pierwszy to Whiplash, o którym pisałem tutaj, trzecim jest Grand Budapest Hotel). Po jego obejrzeniu mruknąłem sam do siebie: Szkoda, że nie kręci się więcej takich filmów.

Podobnie, jak Whiplash, obraz Alejandro Gonzáleza Iñárritu dotyczy problemu tworzenia sztuki – w tym przypadku teatralnej, która powali na kolana publiczność Broadwayu. Taką właśnie chce wystawić Riggan Thomson (Michael Keaton), artysta znany przede wszystkim z filmów o potężnym superbohaterze. Jednak udana realizacja jego marzenia topnieje z każdą chwilą zbliżającą go do daty premiery dramatu. Bohater ma na głowie samowolne poczynania wybitnego aktora (Edward Norton), konflikt w relacjach z córką po odwyku (Emma Stone), zniszczony związek małżeński, oświadczenie obecnej dziewczyny o zajściu w ciążę i największego demona Birdmana.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Thomson wcielił się w postać herosa o takim imieniu, zagrał w trzech częściach filmu o przygodach superbohatera i tak został zapamiętany przez publiczność. Teraz, po dwudziestu latach, wciąż musi zmagać się, w rzeczywistości oraz swoim umyśle, z widmem człowieka ptaka. A ten daje mu nieźle popalić, tym samym otwierając drzwi do nowej płaszczyzny w filmie [UWAGA SPOJLER! Aby przeczytać zaznacz tekst w blok], jaką jest choroba psychiczna. Narodziła się ona jako blokada przed światem zewnętrznym, ochraniająca Thomsona przed Twitterami, Facebookami, oczekiwaniami innych ludzi, a także w celu pozostawienia jednostki w wygodnym świecie wspomnień o minionej sławie.

Birdman jest wciągającą tragikomedią, w prawdziwym sensie tego znaczenia. Obraz Iñárritu od samego początku kipi śmiechem połączonym z dramatyzmem. Historia ma pozytywne zakończenie, ale wychodzącemu z kina odbiorcy na pewno będzie towarzyszyło poczucie niepewności.

Film jest pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników twórczości reżysera. I tym razem daje nam on świetnie zrealizowaną historię. W Birdmanie są rewelacyjne ujęcia– długie, które przyśpieszają linię czasu, w którym rozgrywają się wydarzenia, z kamerą oddalającą się tylko po to, by zrobić zbliżenie, bawiące się mrocznymi kolorami. Jest też wyjątkowa ścieżka dźwiękowa, której większość stanowi gra na perkusji. Muszę przyznać, że urzekł mnie pomysł kilkukrotnego pokazania w czasie filmu owego perkusisty, np. w czasie gdy bohaterowie idą ulicą, ten szybko uderza w instrumenty.

Na pewno nie jest to dzieło skierowane do miłośników prostych i lekkich oraz komedii, a także osób myślących o wypoczynku podczas seansu. Odradzam im zakup biletu na Birdmana.

Natomiast osoby szukające intelektualnej rozrywki, kochające wiązać elementy naszej rzeczywistości z filmową (Na przykład: w 1989 roku Keaton po raz pierwszy wcielił się w postać Batmana, odnosząc niebywały sukces. Teraz, po ponad 25-latach, podobnie jak Thomson, nie cieszy się tak wielką popularnością jak inni aktorzy. Takich powiązań jest mnóstwo.) na pewno będą zadowolone z wydanych na bilet pieniędzy.

Ocena: 10/10

Alejandro González Iñárritu Birdman, 2014

Whiplash – kilka słów o filmie

Whiplash Damiena Chazellea wbija w fotel na prawie dwie godziny i powoduje, że nie można o nim przestać myśleć. Moim zdaniem ten film to prawdziwe arcydzieło. Jest moim faworytem do Oscara 2015.

To opowieść o dążeniu do perfekcji, miłości do muzyki oraz przekraczaniu granic. Od pierwszej sceny śledzimy zmagania młodego perkusisty (Miles Teller) jazzowego o spełnienie marzeń – stania się najlepszym muzykiem oraz grania w najlepszym zespole. Dąży on do perfekcji pod okiem sadystycznego, demonicznego, pozbawionego skrupułów, wulgarnego i brutalnego nauczyciela (godna nominacja do Oscara J.K. Simmonsa). Ta konfrontacja mistrz-uczeń jest wypełniona łzami, krwią płynącą z dłoni, poniżeniem uczącego, wściekłością i radością oraz mnóstwem dobrej muzyki.

Drugim bohaterem jest muzyka. Whiplash jest wypełniony, oprócz rytmów perkusji, jazzem. Stanowi on zarówno całe życie osobiste, jak i zawodowe ucznia oraz mistrza, jak też jest elementem ścieżki dźwiękowej. Ta pozwala odbiorcy na jeszcze lepszą kontemplację dzieła.

Zachłystując się wspaniałością filmu Chazellea, stwierdzam, że jego wybór nie jest to najlepszy sposób na spędzenie czasu z dziewczyną lub chłopakiem. Jest za ciężki na randkę. Kupując w kinie bilet należy przygotować się na zaabsorbowanie uwagi, napięcie (mimo, że jest to film o muzyce, oglądałem go jak dobry kryminał lub sensację) oraz kontemplację.

Na koniec chciałbym podziękować dystrybutorowi filmu Whiplash w Polsce, że oszczędził nam tłumaczenia tytułu na nasz języki. Jestem przekonany, że brzmiałby jak nazwa jakiegoś slashera rodem z Japonii. Pozostawienie wersji angielskiej było najlepszym wyborem, pozwalającym odbiorcy na odczytanie tytułu jako nazwy utworu Dona Ellisa lub literalnie, czynności jaką jest „smagnięcie batem”.

Ocena: 10/10

Damien Chazelle Whiplash, 2014

Rogi – kilka słów o facecie z diabelskimi rogami i Piekle

Przyznaję się! Nie obejrzałem i nie przeczytałem do końca ani jednej części Harry`ego Pottera – próbowałem, ale wielokrotnie zasnąłem. Dlatego nie mogę ocenić, czy Daniel Radcliffe zagrał lepiej czarodzieja czy faceta, któremu rośnie diabelskie poroże. Jednak mogę ocenić jego grę aktorską w Rogach. Moim zdaniem, wypadł rewelacyjnie.

Co więcej, twierdzę, że umiejętności Radcliffa ratują całą adaptację książki Joe Hilla (na marginesie – publikację syna Stephena Kinga określam jako najsłabszą w jego dorobku). Aktor niezwykle przekonująco oddaje demoniczny charakter oraz niewinność duszy bohatera.

Od samego początku postać intryguje widza swoim postępowaniem, decyzjami, wolą walki o prawdę. Tym samym wciąga w nietypową grę. Wygraną jest zarówno odkrycie kto zabił ukochaną bohatera, ale też zrozumienie prawdy o konieczności przenikania i uzupełniania się cząstek dobra (pochodzących od Boga) z pierwiastkami diabelskości.

Rogi to też film o Piekle. Istnieje ono w świecie przedstawionym w filmie jako królestwo Lucyfera, ale też jest nim każde miejsce na Ziemi, w którym dzieje się krzywda niewinnym, popełniane są zbrodnie na tyle ohydne, że Bóg musi dopuszczać do głosu zło. Piekło to również nieczyste myśli, skrywane pożądania. Bohater przekonuje się o tym dzięki tytułowym rogom – pozwalają mu wydobyć z ludzi prawdę, a ta nie jest na rękę wielu osobom (dostaje się kobietom pozującym na idealne matki, kochającym się na pokaz rodzinom, dziennikarzom, czy też artystom i księdzu). Trzecim rodzajem Piekła jest utrata miłości. Strata fizyczna ukochanej osoby jest na tyle bolesna, że doprowadza bohatera do sytuacji, gdy z pustą butelką w ręku i rogami na głowie budzi się na upiornym kacu, świadomy niesłusznego sądu wydanego przez społeczeństwo (tak właśnie zaczyna się film i książka).

Komu polecam? Na pewno miłośnikom prozy Joe Hilla, a także osobom kochającym filmy z lekkim przesłaniem. Odradzam wszystkim wybierającym się na randkę do kina.

Rogi, reż. Alexandre Aja, 2014

Ocena: 6/10

 

Furia – recenzja

Skoro lubisz gry komputerowe, dlaczego nie grasz w czołgi? często pytali mnie znajomi, próbując przekonać mnie, że pojedynki w World of Tanks to jedne z najlepszych sposobów na spędzanie wolnego czasu. Kilka razy zalogowałem się do gry, ale nie połknąłem bakcyla czołgisty. Sytuacja zmieniła się w minionym tygodniu, kiedy to wybrałem się do kina na Furię.

Jeden seans wystarczył bym zakochał się w czołgach!

Dołączam do grona widzów porównujących Furię do gry komputerowej. Jednej wielkiej rozgrywki, podzielonej na misje, w której każdy ruch gąsienicy czołgu decyduje o życiu członków załogi. Wszystko wypełnione jest po brzegi gigantyczną dawką akcji i napięcia.

Historia opowiedziana przez Davida Ayera jest banalnie prosta. Oto do doświadczonej załogi czołgu M4 Sherman zostaje przydzielony młody żołnierz (pierwszorzędna rola Logana Lermana ). Pod okiem dowódcy (którego gra Brad Pitt) i nowych kompanów (Shia LaBeouf, Michael Peña, Jon Bernthal, Jim Parrack), przechodzi wojenną szkołę życia. Uczy się między innymi zabijania, odpowiedzialności za współwalczących, doświadcza straty bliskiej osoby, a także przekracza granicę pomiędzy tchórzostwem a bohaterstwem.

Jeżeli wybierasz się na ten film, bo lubisz w niedzielne poranki obejrzeć odcinek Czterech pancernych i psa, zrezygnuj. Jeżeli podobał Ci się Szeregowiec Ryan, na pewno uznasz Furię za film godny uwagi. To prawdziwe wojenne kino. Jest brudno, szaro i krwawo. W przedstawionym świecie nie ma czasu na patetyczne dyskusje, tu trzeba tylko przeżyć – a więc zabijać. Oczywiście, bohaterowie oprócz wydawania rozkazów, rozmawiają ze sobą, ale jest to męska komunikacja – pozbawiona uczuć i lekkości.

 Daję Furii najwyższą ocenę.

Furia, reż. David Ayer, 2014

Ocena: 10/10