Month: Styczeń 2015

Birdman – recenzja

To mój drugi faworyt w wyścigu do Oscara w kategorii najlepszy film (pierwszy to Whiplash, o którym pisałem tutaj, trzecim jest Grand Budapest Hotel). Po jego obejrzeniu mruknąłem sam do siebie: Szkoda, że nie kręci się więcej takich filmów.

Podobnie, jak Whiplash, obraz Alejandro Gonzáleza Iñárritu dotyczy problemu tworzenia sztuki – w tym przypadku teatralnej, która powali na kolana publiczność Broadwayu. Taką właśnie chce wystawić Riggan Thomson (Michael Keaton), artysta znany przede wszystkim z filmów o potężnym superbohaterze. Jednak udana realizacja jego marzenia topnieje z każdą chwilą zbliżającą go do daty premiery dramatu. Bohater ma na głowie samowolne poczynania wybitnego aktora (Edward Norton), konflikt w relacjach z córką po odwyku (Emma Stone), zniszczony związek małżeński, oświadczenie obecnej dziewczyny o zajściu w ciążę i największego demona Birdmana.

Na początku lat dziewięćdziesiątych Thomson wcielił się w postać herosa o takim imieniu, zagrał w trzech częściach filmu o przygodach superbohatera i tak został zapamiętany przez publiczność. Teraz, po dwudziestu latach, wciąż musi zmagać się, w rzeczywistości oraz swoim umyśle, z widmem człowieka ptaka. A ten daje mu nieźle popalić, tym samym otwierając drzwi do nowej płaszczyzny w filmie [UWAGA SPOJLER! Aby przeczytać zaznacz tekst w blok], jaką jest choroba psychiczna. Narodziła się ona jako blokada przed światem zewnętrznym, ochraniająca Thomsona przed Twitterami, Facebookami, oczekiwaniami innych ludzi, a także w celu pozostawienia jednostki w wygodnym świecie wspomnień o minionej sławie.

Birdman jest wciągającą tragikomedią, w prawdziwym sensie tego znaczenia. Obraz Iñárritu od samego początku kipi śmiechem połączonym z dramatyzmem. Historia ma pozytywne zakończenie, ale wychodzącemu z kina odbiorcy na pewno będzie towarzyszyło poczucie niepewności.

Film jest pozycją obowiązkową dla wszystkich miłośników twórczości reżysera. I tym razem daje nam on świetnie zrealizowaną historię. W Birdmanie są rewelacyjne ujęcia– długie, które przyśpieszają linię czasu, w którym rozgrywają się wydarzenia, z kamerą oddalającą się tylko po to, by zrobić zbliżenie, bawiące się mrocznymi kolorami. Jest też wyjątkowa ścieżka dźwiękowa, której większość stanowi gra na perkusji. Muszę przyznać, że urzekł mnie pomysł kilkukrotnego pokazania w czasie filmu owego perkusisty, np. w czasie gdy bohaterowie idą ulicą, ten szybko uderza w instrumenty.

Na pewno nie jest to dzieło skierowane do miłośników prostych i lekkich oraz komedii, a także osób myślących o wypoczynku podczas seansu. Odradzam im zakup biletu na Birdmana.

Natomiast osoby szukające intelektualnej rozrywki, kochające wiązać elementy naszej rzeczywistości z filmową (Na przykład: w 1989 roku Keaton po raz pierwszy wcielił się w postać Batmana, odnosząc niebywały sukces. Teraz, po ponad 25-latach, podobnie jak Thomson, nie cieszy się tak wielką popularnością jak inni aktorzy. Takich powiązań jest mnóstwo.) na pewno będą zadowolone z wydanych na bilet pieniędzy.

Ocena: 10/10

Alejandro González Iñárritu Birdman, 2014

Unicestwienie – recenzja książki

Jeżeli nie przepadasz za książkami science fiction lub dopiero zaczynasz swoją przygodę z tym gatunkiem, koniecznie sięgnij po Unicestwienie. Czytelników pasjonujących się niesamowitymi opowieściami, nie muszę przekonywać do historii przedstawionej przez VanderMeera. Jestem przekonany, że albo przeczytali już oni dwie części trylogii (Ujarzmienie ukazało się w 2014 roku, a w lutym spodziewane jest wieńczące cykl Ukojenie) albo zamierzają to zrobić w najbliższym czasie.

Unicestwienie rozgrywa się w świecie, wrogim dla człowieka. Gdzieś w Strefie X – miejscu powstałym po tajemniczym wydarzeniu, do której trafiają poszczególne ekspedycje próbujące rozwiązań zagadkę. Każda z nich ponosiła fiasko – uczestnicy popełniali samobójstwa, zabijali się nawzajem lub ginęli. Teraz rusza jedenasta, składająca się z samych kobiet, a wraz z nią w wyprawie bierze udział czytelnik.

Po pierwszych stronach lektury miałem odczucie, że ktoś mnie chce „oszukać”. Przecież książek o tajemniczych ekspedycjach do stref obfitujących w niezwykłą roślinność oraz zwierzęta, oddziałujących na umysły ludzi jest mnóstwo. A do tego język tłumaczenia, kojarzący się z tym używanym przez Grzędowicza w Panie Lodowego Ogrodu. Naprawdę chciałem odłożyć książkę na półkę.

Jednak tego nie zrobiłem, z czego bardzo się cieszę. Książka okazała się niesamowitą przygodą. Nie jest może opowieścią na miarę arcydzieł jakie wypływały spod palców Philipa K. Dicka, ale na pewno zalicza się do kanonu najważniejszych powieści science fiction.

Celowo porównałem Unicestwienie do dorobku autora Ubika, gdyż obu pisarzy interesował temat umysłu ludzkiego i poznania rzeczywistości. U Dicka zawsze był to proces złożony, wielopoziomowy, a u VanderMeera zagadnienia są ujęte dużo płycej. Jednak, jak określa młodzież, autor daje radę.

To co urzekło moją osobę, to bardzo ciekawy sposób połączenia teraźniejszości z zachowanymi wspomnieniami, samotności w związku z tą w Strefie X. Również doskonale pokazana jest analogia walki między mężczyzną i kobietą, osobą poświęcającą się nauce a drugą pragnącą miłości oraz pomiędzy śmiertelnie niebezpiecznym miejscem a pragnącą ocalenia ekspedytorką.

Opowieść o Strefie X nie kończy się na Unicestwieniu, trwa dalej, ale to już inna historia. Jestem przekonany, że każdy czytelnik, który da się pochłonąć przygodzie w pierwszym tomie, na pewno sięgnie po dwa kolejne. Przyznam się, że z niecierpliwością czekam na zakończenie trylogii.

Ocena: 9/10

Jeff VanderMeer Unicestwienie, Otwarte, 2014

Whiplash – kilka słów o filmie

Whiplash Damiena Chazellea wbija w fotel na prawie dwie godziny i powoduje, że nie można o nim przestać myśleć. Moim zdaniem ten film to prawdziwe arcydzieło. Jest moim faworytem do Oscara 2015.

To opowieść o dążeniu do perfekcji, miłości do muzyki oraz przekraczaniu granic. Od pierwszej sceny śledzimy zmagania młodego perkusisty (Miles Teller) jazzowego o spełnienie marzeń – stania się najlepszym muzykiem oraz grania w najlepszym zespole. Dąży on do perfekcji pod okiem sadystycznego, demonicznego, pozbawionego skrupułów, wulgarnego i brutalnego nauczyciela (godna nominacja do Oscara J.K. Simmonsa). Ta konfrontacja mistrz-uczeń jest wypełniona łzami, krwią płynącą z dłoni, poniżeniem uczącego, wściekłością i radością oraz mnóstwem dobrej muzyki.

Drugim bohaterem jest muzyka. Whiplash jest wypełniony, oprócz rytmów perkusji, jazzem. Stanowi on zarówno całe życie osobiste, jak i zawodowe ucznia oraz mistrza, jak też jest elementem ścieżki dźwiękowej. Ta pozwala odbiorcy na jeszcze lepszą kontemplację dzieła.

Zachłystując się wspaniałością filmu Chazellea, stwierdzam, że jego wybór nie jest to najlepszy sposób na spędzenie czasu z dziewczyną lub chłopakiem. Jest za ciężki na randkę. Kupując w kinie bilet należy przygotować się na zaabsorbowanie uwagi, napięcie (mimo, że jest to film o muzyce, oglądałem go jak dobry kryminał lub sensację) oraz kontemplację.

Na koniec chciałbym podziękować dystrybutorowi filmu Whiplash w Polsce, że oszczędził nam tłumaczenia tytułu na nasz języki. Jestem przekonany, że brzmiałby jak nazwa jakiegoś slashera rodem z Japonii. Pozostawienie wersji angielskiej było najlepszym wyborem, pozwalającym odbiorcy na odczytanie tytułu jako nazwy utworu Dona Ellisa lub literalnie, czynności jaką jest „smagnięcie batem”.

Ocena: 10/10

Damien Chazelle Whiplash, 2014

Lód – kilka słów o książce

Należę do grona osób, które odkryły prozę Jacka Dukaja dość późno. Na dzień dzisiejszy, nie mogę pochwalić się przeczytaniem wszystkich jego publikacji, ale sumiennie dążę do tego (brakuje niewiele). Cenię jego obszerne powieści oraz krótsze formy za rewelacyjnie opowiedziane historie, genialne pomysły oraz porywające formy narracji. Za jego najlepszą powieść uważam Lód. Co więcej, w moim przekonaniu jest to jedna z najważniejszych książek jakie przeczytałem.

Ponad 1050 stron, treść wymagająca skupienia się nad snutą opowieścią, historia typu political fiction połączona z dużą dawką filozofii, to wszystko sprawia, że książka Dukaja stanowi czytelnicze wyzwanie. Takie ciężkiego kalibru. Jednak warto po nią sięgnąć.

Oto mamy świat, w którym Piłsudski jest terrorystą napadającym na carskie pociągi na Syberii, Polskę, której wciąż nie ma na mapach (mimo, że jest już rok 1924), Nikolę Teslę podróżującego z towarzyszką koleją transsyberyjską oraz jedną porę roku – nieustanną zimę. Przemieszczając się po tym świecie, po ośnieżonych pustkowiach i miastach, można napotkać na przestępców, szpiegów politycznych i stróżów porządku, biznesmanów, zwolenników obecnego porządku walczących z rewolucjonistami oraz Lute — istoty przybyłe na ziemię, będące „żywym lodem”.

Głównym wątkiem historii jest wyprawa Benedykta Gierosławskiego w poszukiwaniu ojca. Poszukuje go nie z własnej woli, ale na polecenie Ministerstwa Zimy, aparatu państwowego. W czasie wyprawy na Sybir bohater przechodzi przemianę. Wyrabia określone poglądy, dorastając do czynu.

Tak oto można opowiedzieć treść Lodu. Jednak to nie wszystko. Całość wzbogacona jest elementami przynależącymi do powieści przygodowej, obyczajowej, romansu, sciene fiction, politycznej, czy też sensacyjnej. To książka, w której metafizyka miesza się z polityką, a prawda i fałsz mogą zostać, dosłownie i w przenośni, zamrożone.

Odbiór Lodu przypomina słuchanie gawędziarza-bajarza. To zasługa nie tylko zastosowania mistrzowskiej narracji, ale też języka. Dukaj zwrócił szczególną uwagę na to, by każda z postaci mówiła po swojemu – zadbał o obecność charakterystycznego słownictwa, języka dostosowanego do klasy społecznej. Co więcej, pisarz w bardzo ciekawy, językowy sposób ujął momenty chwilowej zmiany świadomości bohatera, a także tej dokonującej się w miarę upływu czasu, w miarę kolejnych kilometrów przebytych w głąb Syberii.

Powieść Dukaja to również rozważania nad świadomością ludzką. Wydaje się, że bohaterowi udaje się dotrzeć do prawdy o sobie, historii, egzystencji. Robi to na dwa sposoby. Pierwszym jest zażycie środków wspomagających zrozumienie. Mogę śmiało porównać ten proces do tych, jakie przechodzą postaci z powieści Dicka. Drugi sposób na odkrycie co jest prawdą, jest doświadczenie życiowe. Im więcej posiada go bohater, tym bardziej rozumie czym jest polityka, miłość, rodzina oraz sens życia.

Lód jest powieścią wybitną, skierowaną na pewno do ludzi lubiących myśleć podczas czytania. Należy do tego rodzaju publikacji, których nie czyta się do kawy lub na dobranoc, ale poświęca się jej odrębny czas.

Ocena: 10/10

Jacek Dukaj Lód, Wydawnictwo Literackie 2007

7 Cudów Świata

Siedzimy w trójkę przy stole. Ja gram Kolosem Rodyjskim, oni Wiszącymi Ogrodami Semiramidy i Posągiem Zeusa w Olimpii. Jeszcze jedna runda przed nami i okaże się kto jest najlepszy. Zamiast inwestować w budowę tytułowego cudu świata, dbam o poziom militarny oraz badania. Nie wiem czy to dobra strategia, ale próbuję, może się uda. Poprzednią grę wygrałem w taki sposób. Biorę swoje karty wybieram jedną i kładę przed sobą, resztę oddaję do przeciwnika.

7 Cudów Świata, bo o tej grze mowa w tym wpisie, jest niesamowitą przygodą, która nie nudzi się. Nawet po kilkudziesięciu rozgrywkach. Jest niesamowita!

Gracze mają za zadanie odnieść zwycięstwo w punktach. Do swojej dyspozycji mają karty rozwoju gospodarczego, militarnego, naukowego, cywilnego oraz karty gildii. Każdy ruch niesie za sobą konsekwencje – za błędy płaci się słono, a za odpowiedni dobór kart odczuwa się smak zwycięstwa.

Ilość możliwości wygranej, towarzyszące grze emocje tworzą niezapomniany klimat gry. Mimo, że posiadam tylko podstawową wersję gry, bez dodatków, jestem nią wciąż zafascynowany. Gram od 6 miesięcy.

Muszę napisać o moich pierwszych rozgrywkach. Miałem naprawdę kiepski start. W 10-15 pierwszych partiach nie potrafiłem zebrać wystarczająco dużo kart by odnieść zwycięstwo. Byłem naprawdę wściekły. Jednak przełamałem tę złą passę i opanowałem grę. Mimo to, zdarza mi się przegrać. Wystarczy tylko, że przeciwnicy odkryją, jaka taktykę obrałem. Gdy to zrobią często już nie mam czasu na ratunek. Właśnie za te niesamowite wrażenia z rozgrywki daję tej karciance najwyższą ocenę.

W sieci znalazłem wiele opinii, że najlepiej gra się w 7 Cudów Świata minimum w trzy osoby. Tak, zgadzam się, jest przyjemniej, ale gra dwuosobowa też ma swoje uroki. Wielokrotnie grałem z botem – trzecim rozgrywającym są dwaj pozostali gracze. To inny wymiar rozgrywki, ale też zmusza do kombinowania z ułożeniem kart.

Jeżeli zainteresował Cię ten tekst i zechcesz zagrać w 7 Cudów Świata, koniecznie zaopatrz się w koszulki na karty. Grając bez nich szybko zniszczysz najważniejsze elementy gry. Warto też byś przed zakupem zapoznał się z instrukcją, która dostępna jest TUTAJ.

Ocena: 9,5/10

Antoine Bauza 7 Cudów Świata, Rebel