Month: Listopad 2016

Chichotnik – zabawne wiersze i oryginalne ilustracje

chichotnik_m_d99cd28a67_dc3ef3a38a-jpg1Napisać o książce Chichotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, że to książka dla dzieci, to nic nie napisać. Barbara Gawryluk (osoba odpowiedzialna za wybór wierszy) i Elżbieta Wasiuczyńska (ilustratorka, która wykonała mega imponująca pracę), na 80 stronach zbioru, przeniosą  najmłodszych, a także każdego rodzica lub dziadka, do ich dziecięcego świata, zagrzebanego we wspomnieniach.

Czytelniku tego bloga, jeżeli w domu masz małe dzieci lub szukasz wyjątkowej książki na prezent dla przedszkolaka lub ucznia pierwszych klas szkoły podstawowej, doradzam Ci  wybór Chichotnika. Dlaczego? O tym poniżej.

Dwa powody, dla których warto posiadać Chichotnik

Dokonując wyboru wierszy, Dorota Gawryluk zwróciła uwagę na połączenie twórczości „starych” poetów ze współczesnymi. Oprócz Fredry, Tuwima i Brzechwy, pojawia się w Chichotniku twórczość Kerna, Chotomskiej, czy też Agnieszki Frączek (którą odkryłem dopiero kilka miesięcy temu i jestem zachwycony jej utworami dla dzieci).

Wszystkie wiersze mają wywołać u czytelników uśmiech i radość. Czy udaje się im? Ja świetnie się przy nich bawiłem. A co więcej, doceniam, że Chichotnik zawiera treść pozbawioną przemocy co w dobie zabawnych kreskówek i wesołych gier jest ewenementem.

Drugim powodem jest praca Elżbiety Wasiuczyńskiej. Artystka wykonała do każdego z utworów ilustracje, które wbijają w fotel. Własnoręcznie zaprojektowane postaci zostały wycięte i połączone z elementami tła, a następnie przeniesione na papier. Zabawa cieniami, kolorami, magią trójwymiaru utrwalonego na płaszczyznie kartki, daje ogromną frajdę w oglądaniu książki. Myślę, że osoby związane z branżą ilustratorską będą w 7 niebie, gdy otworzą Chochotnik na dowolnej stronie.

O tym jak wyglądała praca nad warstwą graficzną można dowiedzieć się zaglądając na stronę książki. Jej adres to: http://www.wydawnictwoliterackie.pl/ksiazka/4092/Chichotnik-czyli-ksiega-smiechu-i-usmiechu

Warto również zajrzeć do wideo. W nim to obie panie opowiadają o genezie książki.

Chichotnik – powrót do krainy dzieciństwa

Są utwory, do których się wraca po latach i odpływa się na fali wspomnień. Do czasów, gdy robiło się wszystko „po raz pierwszy”, zabrała mnie większość wierszy znalezionych w tej książce. Chichotnik jest magiczną publikacją, która zainteresowała mnie już samą okładką, a po otworzeniu pierwszej strony wciągnęła i na pewno coś we mnie zmieniła na lepsze.

No i zawiera zabawną treść, która pozwala się zrelaksować i doskonale poprawić humor. Dlatego daję jej najwyższą notę.

Moja ocena: 10/10

Chochotnik, czyli księga śmiechu i uśmiechu, Wydawnictwo Literackie, 2016

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie Chichotnika.

The Rolling Stones – Olé Olé Olé

ole-rolling-stonesThe Rolling Stones – Olé Olé Olé Paula Dugdalea to opowieść o koncertowej trasie Micka Jaggera z kolegami po Ameryce Południowej. Film podzielony jest na części – przystanki grupy w kolejnych miastach, które przeplatają się z przygotowaniami do najważniejszego występu. Tą perełką na „muzycznym torcie” jest darmowy koncert w Hawanie – bardzo ważny dla Stonesów, bo jeszcze niedawno na Kubie panował zakaz słuchania ich utworów.

Dlaczego warto zobaczyć The Rolling Stones – Olé Olé Olé

Każdy z przystanków zespołu The Rolling Stones to chwile, gdy muzycy widują się ze swoimi fanami, poznają lokalną kulturę, a także mają czas opowiedzieć o sobie samych, 55-letniej więzi przyjaźni oraz odnieść się do własnej twórczości. I chyba to właśnie jest najpiękniejsze w The Rolling Stones – Olé Olé Olé.

Ujmującym fragmentem filmu jest ten, gdy poruszony jest temat sławy, tego wielkiego fenomenu jakim cieszy się zespół. Jagger (jeżeli dobrze zapamiętałem) kwituje to słowami, że nie czuje owej wielkości, a występy to zwykła praca.

Jednak dla mieszkańców Ameryki Południowej, szczególnie w krajach objętych strasznym reżimem, muzyka Stonesów to symbol.  Ich twórczość to przede wszystkim ikona wolności, która została niedawno odzyskana. Tym samym muzycy są kimś więcej niż artystami.

The Rolling Stones – Olé Olé Olé – minusy

Idąc na film o trasie The Rolling Stones oczekiwałem na „mniejsze i większe” smaczki, nie tylko muzyczne. Co więcej,  nastawiałem się na treść z lekką otoczką z pogranicza skandalu i życia rock`n`rollowców.

Nadaremnie.

Jedyną kontrowersją jaką dostrzegłem, było przeciwstawienie się prośbie Papieża, który apelował o zmienienie daty występu (koncert w Hawanie odbył się w Wielki Piątek). Zabrakło mi ujęć z „wesołego życia” Keitha Richardsa, kontrowersyjnego zachowania fanów (przez cały film wszyscy grzecznie się bawią, a moment, gdy jedna z uczestniczek koncertu ściąga bluzkę jest w umiejętny sposób wyciszony) oraz pewnego wydarzenia, o którym było bardzo głośno w świecie muzyki. 11 lutego muzycy z The Rolling Stones otrzymali ochronę policji w Buenos Aires. Był to efekt strzelaniny, z lokalnym gangiem w której zginął jeden z ochroniarzy ekipy Jaggera.

Podsumowując, The Rolling Stones – Olé Olé Olé jest zbyt grzecznym filmem. Stąd oceniam go wysoko, bo miło spędziłem czas w kinie, ale za niedosyt odejmuję punkt.

Moja ocena: 7,5/10

The Rolling Stones – Olé Olé Olé, reż. Paul Dugdal, 2016

Londyn w czasach Sherlocka Holmesa

523338303oAleż to były wspaniałe czasy – można zakrzyknąć po lekturze książki Londyn w czasach Sherlocka Holmesa. Krystyna Kaplan opowiada w niej o stolicy Anglii i jej mieszkańcach. Przeczytamy w niej zarówno o arystokracji, jak też biednych sferach, naukowcach i odkryciach, a także o ciemniej stronie Londynu.

Przełom XIX i XX wieku, czyli czas gdy pod numerem 221B na Baker Street żył najsłynniejszy na świecie detektyw, to naprawdę arcyciekawy moment w dziejach Londynu. Londyn w czasach Sherlocka Holmesa daje nam do zrozumienia, że czas przed pierwszym światowym konfliktem był na swój sposób nie tylko wyjątkowy, ale wręcz magiczny. Styl bycia, rodzaje rozrywki, czy też podejście do techniki odeszły już w zapomnienie. A szkoda, bo świat na tym ucierpiał.

Publikację czyta się znakomicie. Ba, śmiało mogę nazwać ją „literackim wehikułem”, który przenosi do dawno minionej epoki. Dużą rolę odgrywają tu materiały graficzne. Jest ich mnóstwo. Zdjęcia, szkice, reprodukcje mniej lub bardziej znanych obrazów – wszystkie sprawiają, że czytelnik może jeszcze lepiej poznać wiktoriański i edwardiański Londyn.

Jest też sporo wątków poświęconych naszym rodakom, którzy gościli w mieście Sherlocka. Chopin, Norwid, Modrzejewska, czy też Conrad zatrzymali się w Londynie na jakiś czas. Co tam robili, jak im podobało się światowej sławy miasto,  o tym więcej w Londynie w czasach Sherlocka Holmesa.

Książkę polecam wszystkim kulturoznawcom i historykom. To kopalnia wiedzy z wieloma reprodukcjami ciekawych dokumentów. Warto, by do książki zajrzały też osoby, które do tej pory nie interesowały się kulturą, ale żyją w Anglii lub planują do niej wyjechać. Publikacja przybliży im miasto, a także okaże się lustrem pokazującym współczesne niedoskonałości oraz pozytywne (po zmianach) oblicze miasta Holmesa.

Moja ocena: 8,5/10

Krystyna Kaplan, Londyn w czasach Sherlocka Holmesa, PWN,2016

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa PWN. Dziękuję bardzo.

Czytaj w oryginale – propozycja Wydawnictwa [ze słownikiem]

Jeżeli masz kłopoty z nauką języka angielskiego, chcesz nauczyć się go lub utrwalić swoje umiejętności lingwistyczne, lecz czujesz mdłości na wspomnienie podręcznika z gramatyką i tysiącem słówek do wykucia – możesz to zrobić w przyjemny sposób. Pod jednym warunkiem, musisz lubić czytać.

Właśnie na rynku pojawiło się wydawnictwo zapewniające, że dzięki ich książkom można uniknąć nudnego  procesu nauki języka angielskiego. W jaki sposób? Wystarczy tylko sięgnąć po ich ofertę.

Książki [ze słownikiem]

zeslownikiemplPublikacje od [ze słownikiem] to książki zawierające podręczny słownik angielsko-polski. Każda z nich składa się z trzech części. Pierwszą stanowi słownik z najczęściej występującymi słowami w danej publikacji. To pozwala zrozumieć, zdaniem wydawcy, aż 80% treści. Druga część to oryginalny tekst wraz ze słownikiem umieszczonym na marginesach książki – zawiera nowo pojawiające się słowa.  Powieść zamyka słownik wszystkich słów i form występujących na jej kartach.

Czytanie w języku angielskim staje się przyjemnością, ale też uczy. Na warsztat wziąłem Frankensteina oraz Drakulę, dzięki którym poznałem mnóstwo nowych słów. Na początku myślałem, że uda mi się poznać treść bez zaglądania do pierwszej lub trzeciej z wymienionych części. Jednak po kilkunastu kartach zmieniłem zdanie. Co więcej, czytając każdą z powieści utrwaliłem świeżo poznane słownictwo. Stąd mogę śmiało napisać, książki [ze słownikiem] są praktycznym narzędziem do doskonalenia języka angielskiego.

Wróżę projektowi duży sukces.  W ofercie znajdziemy tytuły dla dzieci, jak też i dla dorosłych. Mnogość gatunków pozwoli znaleźć każdemu coś dla siebie. Pełna lista tytułów: http://zeslownikiem.pl/ksiazki-po-angielsku-ze-slownikiem . Ceny publikacji wahają się od 26 do 53 złotych, co jest dobrą ceną za produkt doskonalący umiejętności językowe.

 

Gwint – karcianka ze świata Wiedźmina

Myślę, że Gwint śmiało może konkurować z karcianką Heartstone. A przecież to dopiero jej początki na rynku. Dopiero ruszyła zamknięta beta, ale zabawa jest wyśmienita. Od trzech dni chodzę zafascynowany polską produkcją ze świata Wiedźmina i coś czuję, że CD Project RED odniesie kolejny sukces.

Gwint – wszystko zaczęło się od Andrzeja Sapkowskiego

W Chrzcie Ognia jednej z części przygód Wiedźmina, krasnoludy grają w Gwinta. Emocji jest przy tym mnóstwo:

– Placek w dzwonki.

– Mała kupa w kule!

– Grał król w kule, przesrał koszulę. Dubel w listki!

– Gwint!

– Nie śpij, Caleb. Dubel z gwintem był! Co licytujesz?

– Duża kupa w dzwonki!

– Akces. Haaa! I co? Nikt nie gwintuje? Dudy w miech, synkowie?

– Wistujesz, Varda. Percival, jeszcze raz do niego mrugniesz, to cię tak pieprznę w oczodół, że do zimy nie pomrugasz.

– Niżnik.

– Panna!

– Wyżnikiem po niej! Panna wydymanna! Biję i ha, ha, jeszcze serca mam, na czarną godzinę ukryte! Niżnik, krayżka, kralka…

– I trumfem po niej! Kto nie ściąga kozery, ten jest cztery litery. I w kule! Aha, Zoltan? Tum cię w miętkie trafił!

– Widzieliście go, gnoma pieprzonego. Ech, wziąłbym pałę…

Tamże czytamy opis przybliżający krasnoludzkiego Gwinta:

Podstawową zasadą krasnoludzkiego gwinta było coś przypominającego licytację na targu końskim – tak intensywnością, jak i natężeniem głosu licytujących. Następnie para zgłaszająca najwyższą „cenę” starała się zdobyć jak najwięcej wziątek, czemu druga para na wszelkie sposoby przeszkadzała. Rozgrywka przebiegała głośno i gwałtownie, a obok każdego gracza leżał gruby kij. Okładano sie kijami dość rzadko, ale wymachiwano często.

A także możemy dowiedzieć się o wyglądzie kart:

Skomplikowanych reguł tej typowo krasnoludzkiej gry nadal nie mógł pojąć, ale zachwycał się wyjątkowo starannym wykonaniem kart i malunkami figur. W porównaniu do kart, którymi grali ludzie, karty krasnoludów były prawdziwymi arcydziełami poligrafii. (…)

Wizerunki na kartach krasnoludów wykluczały podobne pomyłki. Noszący koronę wyżnik był prawdziwie królewski, panna cycata i urodziwa, a uzbrojony w halabardę niżnik zawadiacko wąsaty. Figury te zwały się po krasnoludzku harval, vaina i ballet, ale Zoltan i jego kompania używali w grze języka wspólnego i nazw ludzkich. (…)

Gwint – grając jak krasnoludy

Później była gra Condottiere, z której Gwint zaczerpnął mechanikę. No i nie wolno zapomnieć o Wojnie, w którą grał chyba każdy z nas. Z nich to narodziła się wirtualna, obecna na stołach w ostatniej części Wiedźmina, karcianka.

Gwint, w którego możemy pograć w Wiedźminie 3 to zupełnie inna gra, ale posiadająca wspólną cechę z krasnoludzką wersją. Wzbudza tyle samo emocji co zabawa z kart opowieści Sapkowskiego. Z niej to wywodzą się wersje papierowa (karty były dołączone do dodatków Serce z kamienia oraz Krew i wino) oraz komputerowa (oddzielny tytuł).

Jej zasady są proste.

Na początku wybieramy jedną z frakcji. Do wyboru mamy talię Potworów, Królestw Północy, Skellige, Scoia’tael, Cesarstwo Nilfgaardu. Następnie wybieramy z nich przynajmniej 22 jednostki i 10 kart specjalnych. Z nich wybieramy tylko 10 losowych kart i możemy przystąpić do pojedynku.

W rozgrywce bierze udział dwóch graczy. Rozgrywka trwa maksymalnie 3 rundy. Wygrywa ten, kto zwycięży 2 rundy – czyli będzie miał na koniec każdej najwięcej punktów siły.

Zagrywając naprzemiennie swoje 10 kart, każdy z graczy wchodzi w sam środek prawdziwej wojennej  zawieruchy. Do wyboru mamy trzy rodzaje jednostki: walczące wręcz, strzelające i maszyny oblężnicze. Poszczególne mają własne zdolności. Do tego dochodzą karty dowódcy oraz specjalne, które mogą dodać siły lub ja obniżyć u jednej lub wielu jednostek.

Gwint to gra, w której sukces odniesie ten z graczy, który pomysłowo ułoży swoja talię oraz   sprawniej rozegra poszczególne tury. Szczęście też się liczy, ale bardziej przyda się zmysł strategiczny.

 

Gwint – podsumowanie

Gwint to także warstwa muzyczna oraz piękna graficzna, które nadają klimatu znanego z Wiedźmina 3.  Dzięki nim gra zyskuje naprawdę wiele.

Gwint nie jest grą typu „pay to win”. Zmysł stratega pozwala za każdą wygraną zyskać wirtualne środki oraz fragmenty i nowe karty (przegrani też mogą otrzymać coś na pocieszenie), za które gracz kupi wirtualne beczki. Znajdują się w nich karty, którymi uzupełniamy nasze talie.

Gra się szybko, dynamicznie, czując podekscytowanie. Włącza się też syndrom „jeszcze jednej rozgrywki”.

Moja ocena: 9/10

Gwint, CD Project RED, 2016