Strażniczka Słońca – Maja Lunde powraca z nową opowieścią

Autorka Śnieżnej siostry powraca i to w jakim stylu. Strażniczka Słońca jest opowieścią napisaną w rozpoznawalnym dla Lunde stylu. Mamy niesamowite tajemnice, bohaterów stawiających wszystko na jedną kartę, no i zagadkową zmianę klimatu na Ziemi.

W świecie Strażniczki Słońca ludzie żyją w mroku. Zanim do tego doszło, na Ziemi panowała susza i przerażający upał. Ludzie cierpieli. Aż pewnego dnia, Słońce znikło z nieba, ustępując miejsce mrokowi i deszczowi. Kolorowy świat wyblakł, do tego stopnia, że o jaskrawych brawach ludziom przypominały tylko farby artystów i plastyków. A do tego, co najgorsze, zapanował głód.

Powyższy opis przypomina Historię pszczół, Błękit oraz Ostatniego Lunde? Być może. Jednak to tylko pozory.

Strażniczka Słońca – uwięzione Słońce, to nie wróży najlepiej

Lilia, bohaterka książki, wychowuje się pod czujnym okiem dziadka. Mężczyzna pełni we wsi niebywałą rolę. Co kilka dni znika w swojej szklarni, a gdy wraca ma warzywa i owoce dla wszystkich współmieszkańców.

Szklarnia jest miejscem, do którego nikt nie ma wstępu. Oczywiście, zakaz ten zostaje złamany przez Lilię. Dziewczynka odkrywa, że w budynku nie ma nic ważnego. Za to tuż za nim znajduje się zakazany las, przez który biegnie ścieżka prowadząca do zielonej doliny, a tam uwięzione jest Słońce. Nadzorują je, na zlecenie Strażniczki Słońca, Chłopiec z Psem. Pomiędzy dziećmi nawiązuje się nić przyjaźni. Lilia zaczyna wyglądać lepiej, dzięki trosce Chłopca, który karmi ja do syta owocami.

Pewnego dnia mieszkanka wsi zabiera kolegę do osady. Pokazuje jak wygląda świat bez Słońca. Chłopiec jest przerażony.

Tak zaczyna się najnowsza na polskim rynku książka Mai Lunde, której głównym tematem, wbrew pozorom… wcale nie jest katastrofa klimatyczna.

Strażniczka Słońca – wyczekując na wiosnę

Powieść Lunde zmusza czytelnika do zastanowienia się nad kwestiami takimi jak: miłość, macierzyństwo, fizyczna obecność bliskich w codziennym życiu dziecka, w tym rola dotyku. Są one potrzebne, tak samo jak Słońce. Bez nich nie da się żyć.

Strażniczka Słońca to też opowieść o nadziei i o tym, że wszystko zmienia się cyklicznie. Po zimie przychodzi wiosna, a po nim lato i jesień, a to co złe, kiedyś się kończy. Autorka pisze o tym w bardzo wyważony sposób, bez moralizowania i zbędnego wciskania dobrze znanych od wieków ludzkości prawideł.

Jednak najważniejszy, jak dla mnie, w książce Lunde jest temat straty. Lilia, co chwila musi się mierzyć z utratą lub zyskaniem czegoś lub kogoś. Czasami to, co zyskuje okazuje się wcale nie tak niezbędne, jak się wydawało. W zależności od sytuacji dziewczynka musi osądzać, co jest dla niej i jej bliskich dobre, a co złe.

Strażniczka Słońca – ocena

Strażniczka Słońca jest rewelacyjnym tekstem, noszącym znamiona mrocznej baśni. Właśnie, mrocznej.

Lektura książki Mai Lunde to wejście do świata pełnego szarości, zła i smutku. Co chwila wyczuwalny jest ciężki klimat. Podobnie jest z zakończeniem. Na pewno jest pozytywne, ale nosi znamiona „ciemnej strony ludzkiej natury”. Dlatego na pewno nie polecam Strażniczki Słońca młodszym czytelnikom.

Myślę, że idealnym wiekiem na zmierzenie się z przygodami Lilii i Chłopca, jest skończone 12 lat. Na pewno polecam Strażniczkę Słońca dorosłym – świadomym rodzicom. To bardzo mądra opowieść, która naprawdę uczy.

Moja ocena: 9/10

Maja Lunde, Strażniczka Słońca, Wydawnictwo Literackie, 2021

Infidel – komiks o demonach, islamie i rasizmie

W języku angielskim „infidel” oznacza „niewiernego”. Dlatego sięgając po komiks Pichetshote`a i Cambella z okładką jaką widać na zdjęciu, miałem świadomość, że wejdę do opowieści, w której główną rolę odgrywa islam. Właściwie to mnie podkusiło do sięgnięcia po album. Nie wiedziałem o nim nic. Ba, szereg rekomendacji z ostatniej strony okładki (nawet ich nie czytałem, uznając, że Wydawnictwo Nonstopcomics musi jakoś sprzedawać swoje tytuły) tylko mnie odstraszył przed zapoznaniem się z tekstem blurbu.

Zakochałem się w tej opowieści!

To, co znajduje się w środku to połączenie mega strasznej opowieści z opowieścią społeczną. Rysunek i warstwa narracyjna wgniatają w fotel i nie pozwalają przerwać lektury.

Infidel to tytuł obowiązkowy, dla każdego fana komiksów, a także przerażającej historii grozy. Na pewno zadowoleni z lektury będą fani oscarowego filmu Uciekaj! –  tu też religia, kolor skóry i poglądy mają ogromne znaczenie, a do tego straszą.

Infidel – jak leczyć rasizm?

Rasizm to rak, którego nie da się wyleczyć. Jedyne, na co możesz liczyć, to remisja.

Powyższe słowa mówi jedna z bohaterek, oceniając nastawienie społeczne do osób o innym kolorze skóry lub wyznających nie tę religię, co trzeba. Ma rację, bo świat w komiksie Infdel to Nowy Jork, w którym każdy patrzy na „innych” we wrogi sposób. Wszystko wygląda ładnie, dopóki nie zdarzy się incydent. Wystarczy tylko iskra, by z bliźniego wyszło to, co najgorsze.

Pewnego dnia amerykańska muzułmanka, zamieszkująca dom będący celem domniemanego ataku terrorystycznego, zaczyna kogoś lub coś widzieć. Zaczyna się od koszmarów sennych. Później są wizje na jawie. Sytuacja ze strony na stronę robi się niezrozumiałą (słowo „dziwną”tu nie pasuje), a przez to groźniejszą. Zaczynają umierać jej bliscy.

Nad wszystkim wydarzeniami unosi się widmo rasizmu – nienawiści wobec koloru skóry i religii. I to ono dodaje i wzmacnia ciarki przebiegające po plecach czytelnika. Uważny odbiorca znajdzie, oprócz świetnego horroru, odpowiedź na pytanie: czy można się wyleczyć z tego rasizmu?

Infidel – komiks na nasze czasy

Tak jak komiks Kajko i kokosz wpisany jest na listę lektur szkolnych w podstawówce, tak Infidel  powinien być obecny w ostatniej klasie liceum. Ostatniej, bo to nie jest opowieść dla młodszych odbiorców. Dzięki temu, o wiele lepiej będzie można dotrzeć do młodego pokolenia z tematami takimi jak: nienawiść, rasizm, homofobia.

Gorąco polecam i wystawiam zasłużoną najwyższą ocenę. Opowieść godna swojej ceny.

Moja ocena: 10/10

Pornsak Pichetshote, Aaron Cambel, Infidel, Nonstopcomics, 2019

Willa, dziewczyna z lasu

Trzy powody zadecydowały o sięgnięciu po książkę Willa, dziewczyna z lasu. Pierwszym jest wydawca.  Wydawnictwo Literackie nigdy mnie nie zawiodło w kwestii literatury dziecięcej i młodzieżowej. Dziewczynka, która wypiła księżyc, Dziewczynka z atramentu i gwiazd, Best seler i zagadka znikających warzyw – to tytuły z ciekawą fabułą i interesującym przekazem, które się pamięta na długo. Drugi powód tkwił w treści – czytając zapowiedź miałem przeczucie, że opowieść Roberta Beatty`ego to połączenie powieści Kelly Barnhill z czołową produkcją Studia Ghibli Księżniczką Mononoke. To było dobre przekonanie. A w środku lektury zacząłem wyczuwać inspiracje jeszcze jednym dziełem, ale o tym napiszę na koniec.

Willa, dziewczyna z lasu – opowieść dla miłośników filmu Księżniczka Mononoke

Opowieść Roberta Beatty`ego to historia dziewczyny, która po stracie rodziców wychowuje się pod opieką babci. Obie kobiety mają niesamowitą moc, która pochodzi z pierwotnych czasów i łączy się z naturą. Mieszkają, wraz z innymi członkami plemienia w Głuchej Jamie, którą zarządza bezwzględny padaran. Na rozkaz władcy, Willa trudni się złodziejstwem. Tak jak inne dzieci ma za zadanie zakradać się na zewnątrz Głuchej Jamy i przynosić zdobyte łupy padaranowi.

Pewnego razu Willa zakrada się dalej, niż pozwalają plemienne zasady – do ludzkiego domu. Wszystko po to, by udowodnić swoją odwagę oraz z ciekawości. Tam zostaje postrzelona, przez co nie wraca na czas do domu. Tym samym, uruchamia lawinę zdarzeń, które doprowadzają ją do końca, którego nikt się nie spodziewał.

Co ma ta historia wspólnego, z Księżniczką Mononoke? O wiele więcej, niż okładkę przedstawiającą dziewczynę z wilkiem. Bowiem mamy tu bohaterkę, która pochodzi z lasu, jest związana z naturą i broni jej. Przekaz ekologiczny w książce Willa, dziewczyna z lasu jest niezwykle istotny. Willa i bohaterka filmu mają wspólny cel – obronę lasu przed wycięciem. Wspólny element to tez relacja z mężczyzną. W obu opowieściach, to płeć piękna otacza tarczą ochronną męskiego bohatera.

Willa, dziewczyna z lasu – książka dla dzieci z wartościami

Książka Roberta Beatty`ego należy do tych, które uczą. „Bądź tym, kim chcesz”, „możesz wszystko”, „czasami warto zniszczyć coś, by móc zbudować coś nowego”, „stary porządek musi runąć”, „poświęcenie się dla rodziny, przyjaciół i szczytnych celów jest najważniejsze” – to wartości, które wybijają się na pierwszy plan w trakcie lektury. Część z nich jest przedstawiona w trochę infantylny sposób, ale, jak to mówi młodzież, „daje radę”.

Właśnie ta infantylność oraz niektóre elementy linii fabularnej opowieści wzbudziły w moim umyśle odczucie czytania historii rodem z bajek Disney`a. W połowie lektury wpisałem w internetowej wyszukiwarce imię i nazwisko autora i okazało się, że Robert Beatty  jest związany z ową korporacją. Co więcej, w podziękowaniach, deklaruje swą dumę z przynależności do Disney Hyperion. Nic dziwnego, że Willa, dziewczyna z lasu jest disneyowska.

Czy to szkodzi opowieści? Akurat tej nie.

Disney, moim zdaniem, tworzył świetne opowieści, z których ostatnie to animacje Król Lew oraz Mulan. Prawie wszystkie późniejsze  są przekombinowane. Prawie, bo Kraina Lodu oraz Willa, dziewczyna z lasu pokazują, że w korporacja czasami potrafi zatrudnić ludzi, którzy potrafią wymyśleć historię, która porusza wyobraźnię i rozbudza wrażliwość.

Willa, dziewczyna z lasu – ocena

Brak możliwości oderwania się od lektury dużych fragmentów książki, edukacyjny charakter, ciekawie zbudowani bohaterowie – to one pozwalają mi dać Willi, dziewczynie z lasu najwyższą ocenę. Pół punktu odejmuję za wspomnianą infantylność.

Moja ocena: 9,5/10

Robert Beatty, Willa, dziewczyna z lasu, Wydawnictwo Literackie, 2021

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Literackiego. Dziękuję bardzo.

Usterka na skraju galaktyki

Tytuł sugeruje, że to o nas, ludzkości, napisała moja koleżanka w facebookowym komentarzu pod zdjęciem książki Usterka na skraju galaktyki. Przyznałem jej rację, przytaczając wyznanie Etgara Kereta zamieszczone na blurbie, o tym jak autor miał towarzyszące wypadkowi uczucie, że jego śmierć w globalnej skali nic nie znaczy.

Informacja z okładki i tytuł sugerujący, że ludzkość jest tylko usterką na skraju galaktyki, jest czubkiem literackiej góry lodowej. Tego właśnie mogłem spodziewać się po Etgarze Kerecie, którego uważam za mistrza krótkiej formy.

Usterka na skraju galaktyki – 22 opowiadania o nas samych

Keret w Usterce na skraju galaktyki robi to, co umie najlepiej – przygląda się współczesnemu człowiekowi. Na wierzch wyciąga wszystko: samotność, niezrozumienie, ból po stracie bliskiej osoby, radość, miłość pożądanie fizyczne. Jego bohaterowie to my, z wszystkim uczuciami i wspomnieniami. Nie koniecznie zniszczeni, ale posiadający jakieś doświadczenie lub dopiero je nabywający.

Śmiało mogę powiedzieć, że Usterka na skraju galaktyki jest najciekawszym zbiorem opowiadań Kereta wydanym na polskim rynku. Pamiętam, jak byłem zachwycony jego Siedmioma dobrymi latami, w których robi to samo, co w Usterce – portretuje współczesnego człowieka. Jednak teksty z najnowszej książki są jeszcze bardziej ambitne, chyba mogę użyć tego słowa w przypadku tej książki, doskonalsze.

Największe wrażenie zrobiło na mnie opowiadanie Tabula rasa. Tekst podzielony jest na kilka podrozdziałów i opowiada o dziecku, które żyje w sierocińcu z takim jak on, osobami chorymi na „staractwo” – dziwną przypadłość, która przyśpiesza starzenie się niemowląt. Opowiadanie czytałem późno w nocy, tuż po lekturze bardzo intymnych Chipsów, i tak naprawdę miałem go dość po dwóch podrozdziałach. Zastanawiałem się, dlaczego tak kiepski tekst znalazł się w zbiorze i po co marnuję na niego czas. Jak wielkie miałem szczęście, że nie odłożyłem książki i nie poszedłem wypoczywać! Pomysł i jego realizacja świadczą tylko o tym, że Keret jest w czołówce najlepszych prozaików.

Ponieważ nie pisałem dotychczas, mimo, że znam i od dawna uwielbiam twórczość Kereta, wspomnę o tym teraz. Ciekawym tematem na artykuł, ba myślę, że i dobra praca licencjacka mogła by z tego powstać, jest rola marihuany w opowiadaniach Kereta.

Autor Usterki na skraju galaktyki nie promuje używki w tak infantylny sposób jak Snoop Dogg. Służy mu do innego celu. Bohaterowie jego tekstów często sięgają po „zioło”, jednak najczęściej jest ono źródłem do nawiązania pewnego rodzaju relacji. Takiej z rodzaju tych, jakie nawiązujemy idąc z kimś na kawę lub herbatę. Różniącą się od wymienionych tym, że wspólne zapalenie jointa przenosi dwójkę w sferę bardziej intymną, w której zaczynają się bardziej rozumieć.

Wszystkich zainteresowanych napisaniem w przyszłości tekstu o takiej tematyce, zachęcam do sięgnięcia najpierw po wcześniejsze opowiadania Kereta, a dopiero na końcu przyjrzenie się Usterce na skraju galaktyki – ze względu na dojrzałość opowiadań.

Usterka na skraju galaktyki – ocena

Te teksty są tak doskonałe, że zalecam dawkowanie ich po 2-3 opowiadania dziennie. Wszystko po to, by delektować się i dostrzegać z jak rewelacyjnym prozaikiem mamy do czynienia.

Moja ocena: 10/10

Etgar Keret, Usterka na skraju galaktyki, Wydawnictwo Literackie, 2020

Książkę podesłało Wydawnictwo Literackie

Jezioro Ognia – templariusze kontra obcy

Jezioro Ognia Nathana Fairbairna i Matta Smitha to trzymająca w napięciu, cudownie narysowana, opowieść o templariuszach, którzy decydują się zejść do tytułowego jeziora, by uratować z niego porwanych mieszkańców twierdzy. Gdy znajdują się na miejscu, bramy piekielne okazują się statkiem obcych, a demony, kosmitami, niezwykle przypominającymi obcych z serii Aliens.

Komiks spodoba się zarówno czytelnikom szukającym doskonale opowiedzianej historii, jak też osobom wymagającym czegoś o wiele ambitniejszego, niż obrona przed niebezpiecznymi stworami.

Jezioro Ognia – ogniem i mieczem w kosmitę

Zacznijmy od elementu popkulturowego.

Moda na kosmitów rodem z Aliens trwa już 40 lat – wtedy xenomorph pojawił się po raz pierwszy na ekranie. Jak widać nie przemija, a artyści potrafią jeszcze z niej wyrzeźbić wiele oryginalnych koncepcji. Przykładem może być publikacja Nathana Fairbairna i Matta Smitha.

Scenariusz Jeziora Ognia składa się z trzech części: rozpoczęcia wyprawy, natrafienia na obcych, obrony i wędrówki do statku. W to są wpisane: spory w grupie, hektolitry krwi, krwiożercze bestie. Krótko mówiąc, prosty i logiczny schemat dobrej opowieści z mocną akcją.

Jest naprawdę nieźle! Bo całość czyta się jednym tchem i nie da się odejść. Tak bardzo wciąga.

Jezioro Ognia – komiksowe Jądro ciemności

Jezioro Ognia rozpoczynają dwa odwołania do tekstów kultury. Pierwszym jest Apokalipsa Św. Jana. Drugim tekst piosenkiLike of Fire kultowej grupy Meat Puppets. W obu opisywane jest miejsce, do którego trafiają grzesznicy.

Nie przypadkiem porównuję historię do powieści Conrada. Bowiem bohaterowie od samego początku zmierzają ku piekielnym bramom. I nie jest to tylko tytułowe Jezioro Ognia. Zanim wejdą do statku, odkryją drzemiące w nich samych piekło . Wykorzystywanie religii do niszczenia innych od siebie, wzbogacania poprzez grabieże, uleganie pysze i pokusom – okazują się być tak samo niebezpieczne jak zęby kosmitów.

Na płaszczyźnie rozważań z zakresu filozofii i etyki Jezioro Ognia nie ma sobie równych.

Jezioro Ognia – ocena

Fairbairn i Smith udowodnili, że można stworzyć komiks, który zachwyci nawet najbardziej wymagającego odbiorcę. Ba, spodoba się nawet osobom stroniącym od historii obrazkowych. Czyta się jednym tchem

Solidna najwyższa ocena

Moja ocena: 10/10

Nathan Fairbairn, Matt Smith, Jezioro Ognia, Nonstopcomics, 2017

Reszta świata – katastrofa naturalna w komiksie

Reszta świata zaczyna się niewinnie. Matka z dwoma synami spędza ostatnie godziny wakacji, korzystając z uroków francuskiej wsi. Nazajutrz mają wyruszyć do Paryża, gdzie wrócą do szkół – ona uczyć, oni uczyć się. Przed wyjazdem kobieta decyduje się zostawić dzieci pod opieką znajomych. Robi to, by mieć chwilę na posprzątanie miejsca, w którym trójka spędzała wakacje. Gdy wraca do domu, nadchodzi burza.

Reszta świata  to pierwszy tom opowieści o przygodach Marii, Hugona i Julesa, którzy muszą poradzić sobie z, no właśnie, z końcem świata. Oto natura buntuje się. Burza, trzęsienie ziemi, powódź, wszystko następuje po sobie, niszcząc ludzki ład i porządek.

Reszta świata – człowiek w obliczu zagłady

Kataklizm w komisie Reszta świata  służy tylko przedstawieniu emocjonującej historii. Jednak nie ona jest najważniejsza. Służy tylko podjęciu dyskusji  na temat: na ile i jak się zmienimy w obliczu tragedii. Bowiem, ci, którzy przeżywają w Reszcie świata muszą zmierzyć się z drzemiącymi w nich  zwierzęcymi instynktami. Mamy tu matkę, która broni swoich dzieci i szuka im pożywienia. W pewnym momencie jest tak zdeterminowana, że popełnia przestępstwa. Mamy też tłum, który buntuje się przeciw służbom porządkowym. Jak też mamy szabrowników, gwałcicieli i stado, które selekcjonuje silniejszych od słabszych.

Mamy też tytułową resztę świata, czyli wszystkie osoby, znajdujące się poza granicą miasteczka, w których schroniła się Maria z synami. Resztę świata, która milczy, nie przybywa na ratunek, i nikt nie wie dlaczego.

Reszta świata – ocena

Reszta świata jest nieźle opowiedzianą historią. Niby po raz kolejny raz poruszony jest temat zagłady, a do tego nie wprowadzono nic odkrywczego w scenariuszu, ale czyta się naprawdę świetnie. I wcale nie jest to zasługa czasów pandemii.

Moja ocena: 8,5/10

Jean-Christophe Chauzy, Reszta świata, Non Stop Comics, 2019

Umbrella Academy – Suita apokaliptyczna

Do  Suity Apokaliptycznej zabierałem się od dawna, ale dopiero po obejrzeniu Umbrella Academy postanowiłem sięgnąć po komiks. Byłem oczarowany serialem, oczekiwałem czegoś na tym samym poziomie. Dostałem więcej niż spodziewałem się.

Jeżeli serial przypadł Ci do gustu, koniecznie zajrzyj do opowieści, której autorami są Gerard Way i Gabriel Ba. Jeżeli nie, oszczędź sobie czas. Opowieść graficzna jest jeszcze bardziej pokręcona, wypełniona chaosem i pewną dawką specyficznego, BARDZO specyficznego, humoru.

Jak dla mnie, czyta się naprawdę świetnie!

Umbrella Academy – Suita apokaliptyczna

W pierwszej części, w której skład wchodzi sześć zeszytów, znajdziemy opowieść, którą spróbowano adaptować w pierwszym sezonie serialu. Od zebrania rodzeństwa do walki z Vanyą. Jednak komiks różni się od serialu, nie tylko zakończeniem, ale też kilkoma innymi wątkami. Nie chcę spolerować, dlatego skupię się na trzech najważniejszych różnicach,.

Po pierwsze, bohaterowie. Wyglądają i nazywają się inaczej. Luther to w pierwowzorze Kosmiczny Chłopak. Jego goryle ciało jest o wiele lepiej oddane niż w Netflixowej produkcji. W komiksie nie ma głupkowatego Diego. Za to jest Kraken, będący niezłym zakapiorem – bardziej przypomina Batmana, niż serialowego zagubionego w samym sobie nożownika. Jest on, tak jak Plotka, białej rasy. Netflixowy Klaus to Seans, ma zdolności kinetyczne ( w serialu wątek został wyśmiany w drugim sezonie ekranizacji). Vanya to Białe Skrzypce, a Piątka nazywany jest Chłopakiem.

Po drugie, poprawność. Komiksowi Umbrella Academy jest bliżej do Lobo. W serialu zastosowano wzorową poprawność – idealnie wpisującą się w najnowsze wyznaczniki przyznawania Oscarów. Tu krótki komentarz dotyczący serialu. Jak dla mnie, a jestem osobą bardzo tolerancyjną – uważającą, że każdy musi żyć w spokoju, wierząc w to co chce i kochając kogo chce (i nikomu nic do tego), homoseksualne zainteresowania Klausa idealnie pasują  do postaci. Jednak wątek miłości, jaką przeżywa Vanya, był „męczący” – tak to najlepsze słowo. Jestem przekonany, że upchnięto go na siłę. Podobnie jest w ekranizacji Dallas, drugiej części komiku, ale o tym napiszę w przyszłości.

Po trzecie, anarchia. Serialowa historia jest szalona, ale uporządkowana. Przy komiksie wypada statycznie. Historia obrazkowa, autorstwa wokalisty zespołu My Chemical Romance, jest identyczna jak muzyka, którą gra z chłopakami – nieokiełznana, szalona, pędząca gdzieś w stronę zagłady takiej, którą potrafi wywołać tylko Vanya.

Umbrella Academy –Suita apokaliptyczna do oceny

Bohaterowie spod znaku parasoliki, zachwycili mnie. Serial uważam za znakomity, a komks jeszcze lepszy. Dlatego mocne 10.

Moja ocena: 10/10

Gerard Way, Gabriel Ba, Umbrella Academy. Suita apokaliptyczna, Wydawnictwo Kboom, 2019

Basik Grysik i wrony

Mam problem z najnowszą książką Justyny Bednarek Basik Grysik i wrony. Jest niezła, jednak nie tak fajna jak trylogia o skarpetkach, którą zasłynęła autorka. Jednak warto poświęcić jej uwagę i kupić dziecku. Dlaczego? Wyjaśniam to poniżej w tekście.

Oczekiwałem od Basik Grysik i wrony, czegoś na miarę Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek, no może tylko dwóch pierwszych części, bo Bandę czarnej frotte uważam za najsłabszą część trylogii. A dostałem?

Basik Grysik i wrony to historia napisana w zupełnie innym stylu. Ma świetny początek, napisany w taki sposób, niczym u Neila Gaimana. Ale już na wstępie pojawia się pierwszy problem w postaci rysunku.

Mnie on przeraża. Obawiam się, że małe dziecko, bo pewnie rodzice 3-5-latków, widząc niewielką ilość stron, zakupią tytuł, będzie miało podobne odczucia. Potwierdzenie mojej tezy znalazłem u nauczycielki wychowania wczesnoszkolnego. Gdy pokazałem jej obrazek, była bardzo zaskoczona, że ktoś zdecydował się na jego publikację. Na szczęście pozostałe ilustracje są ciekawe, oddające klimat i nie przerażają. Wręcz przeciwnie ilustratorka Elżbieta Wasiuczyńska wykonała przyciągającą oko robotę.

O czym jest właściwie Basik Grysik i wrony Justyny Bednarek? O dziewczynce, której losy śledzimy od narodzin do chwili gdy zostaje matką. W tym czasie dziecko doświadcza straty, lekkiego wypadku, ale też znajduje wybrańca swojego serca, a wówczas owe starta i obrażenia w wyniku wypadku odgrywają ważną rolę. Całe życie Basikowi towarzyszą wrony, które nie tylko wiedzą więcej niż ludzie, ale też i widzą.

Dostrzegają coś niezwykłego. Okazuje się, że każdy z nas ciągnie za sobą linkę, która ma na celu trzymanie nas, byśmy nie oddalali się od swojego miejsca na świecie i nie zgubili. Przez to mijając na ulicy przypadkowe osoby, zapętlamy naszą linkę z tymi, które ciągną się za nimi. Właśnie ową linkę u bohaterki widzą wrony. Co więcej, siadają na niej i bujają się, co uważają za bardzo ciekawą zabawę. Pomysł Justyny Bednarek uważam za świetny, aż się prosi o rozbudowanie w innej książce.

Mniej udanym jest klamra utworu. Rozpoczęcie i zakończenie, po głębszym zastanowieniu się nad lekturą, przerażają. Na pewno są idealne dla starszych dzieci, mających powyżej 6 roku życia, ale nie dla maluchów. A to właśnie rodzice tych ostatnich kupią Basika Grysika i wrony.

Tytuł na pewno spodoba się starszym dzieciom, a jeszcze bardziej ich rodzicom. To mądra opowieść, ale pozbawiona humoru, znanego z książek o skarpetkach. Boję się, że w przypadku Basika Grysika i wron czytelnik uśmiechnie się dwa trzy razy.

Moja ocena: 8/10


Justyna Bednarek, Basik Grysik i wrony, Wydawnictwo Literackie, 2020

Wywiad z Samanthą M. Baily

Autorka Kobiety na krawędzi zdradza co stało się inspiracją dla tej intrygującej historii, jak nasze oraz cudze doświadczenia mogą inspirować do tworzenia (i jaką rolę w tym odgrywa przypadek), a także odpowiada na pytania: Czy w thrillerze jest miejsce na kwestie ważne, a które rzadko porusza się w literaturze – jak depresja poporodowa i brutalna manipulacja? oraz Czy debiutującemu pisarzowi naprawdę tak ciężko jest się przebić?.

Poniżej transkrypcja wywiadu:

Dzień dobry Polsko, jestem Samantha M. Bailey, autorka „Kobiety na krawędzi” i niezmiernie się cieszę, że będę mogła odpowiedzieć na parę pytań od Wydawnictwa Znak i Chilli Books. Najpierw jednak chciałabym podziękować z całego serca polskim czytelnikom i czytelniczkom. Jestem ogromnie wdzięczna za wsparcie, ciepło i niesamowite zdjęcia i recenzje, które widzę na Instagramie. To wiele, wiele dla mnie znaczy. Bardzo dziękuję!

„Kobieta na krawędzi” to thriller psychologiczny, który szturmem zdobył listy bestsellerów. Spodziewałaś się tego?

Nie – zupełnie się nie spodziewałam. Piszę już od siedemnastu lat i napisałam w tym czasie pięć książek. Moim marzeniem od zawsze było, by jedna z nich dotarła do czytelników. Nigdy nawet nie pomyślałam o wydaniu za granicą, o polskim tłumaczeniu, to niesamowite, ogromne szczęście, jestem niezmiernie wdzięczna. Kiedy książka stała się nr. 1 w Kanadzie, popłakałam się, moja rodzina płakała, moi przyjaciele płakali… To była tak długa droga, by osiągnąć sukces… To wciąż wydaje się nierealne, jestem strasznie wdzięczna.

„Kobieta na krawędzi” to Twoja pierwsza opublikowana książka, ale to nie była Twoja pierwsza literacka próba?

To moja piątka książka, ale pierwsza oficjalnie wydana. Zaczęłam pisać, gdy miałam dziesięć lat i już wtedy wysłałam opowiadanie do wydawcy – wydawnictwo je odrzuciło. To była moja pierwsza lekcja wytrwałości. Pierwszą książkę napisałam, gdy miałam 29 lat, była to komedia romantyczna, później napisałam jeszcze jedną, też komedię romantyczną, obie nie zostały opublikowane, i wtedy napisałam dwie kolejne książki, horror i „literaturę kobiecą” – i przerzuciłam się na thrillery. Koniec końców, gdy miałam 46 lat, po raz pierwszy wydałam swoją książkę w Kanadzie, w USA, rok później wyszedł e-book i wreszcie publikacja w Polsce.

Dlaczego zdecydowałaś się właśnie na thriller psychologiczny. Jesteś fanką gatunku?

Jestem ogromną fanką! Czytam każdy thriller, który wpadnie mi w ręce. Jestem zafascynowana psychologią i ludźmi. Jestem magistrem pedagogiki lingwistycznej, zwłaszcza psychologii języka, ponieważ ciekawi mnie, jak ludzie mówią, co mówią, a czego nie. Też jako matka często się boję o moje dzieci, co mogłoby się stać, i przenoszę te lęki na papier – myślę, że to mi pomaga.

W „Kobiecie na krawędzi” znajdziemy nie tylko żywą akcję, pości i intrygi, ale też prawdziwych ludzi z całą ich psychologią. Co jest dla Ciebie ważniejsze w thrillerze – akcja czy psychologia?

Oba aspekty po równo. Potrzeba dużego rozpędu, zwrotów akcji i mocnych momentów, a postacie muszą mieć cele, motywacje i muszą podjąć ryzyko. I psychologia stojąca za tymi celami, powód, dla którego podejmują ryzyko, jest dla mnie równie ważny.

Co było inspiracją do takiej historii? Poruszasz kwestie, które rzadko pojawiają się w thrillerach, jak połączenie depresji poporodowej z brutalną manipulacją. Skąd ten pomysł?

Z komunikacji miejskiej w Toronto. To był zimowy dzień, sześć lat temu, czekałam na stacji na pociąg i zobaczyłam kobietę trzymającą noworodka… Stała bardzo blisko krawędzi, żadnych barierek, zaczęłam się niepokoić. Zaczęłam wtedy myśleć o moich własnych dzieciach, zwłaszcza o synu jako pierwszym dziecku, zazwyczaj bardziej boimy się o pierwsze dziecko, i wtedy pomyślałam „A CO BY BYŁO, GDYBY…”.Pomysł uderzył mnie niespodziewanie. Wyrwałam paczkę gum z torebki i szybko go naskrobałam. Nim przyjechał pociąg, pomysł na „Kobietę na krawędzi” był już w mojej głowie.

Depresję poporodową wybrałam, ponieważ miałam wrażenie, że w literaturze za mało się o niej mówi. Od czasu, gdy napisałam tę książkę, pojawiło się parę pozycji, jak świetne „Little Voices” Vanessy Lillie. Nie doświadczyłam depresji poporodowej, więc polegałam na bliskich mi przyjaciołach, byłam bezpośrednim świadkiem tego, przez co przechodzili: ich lęków, strachu, by poprosić o pomoc. Bali się, co mogłoby się stać z dzieckiem. Rozpadali się, podczas gdy powinni być szczęśliwi, pełni radości… To było straszne przeżycie, ale wszyscy to pokonali.

Osobiście zdecydowanie doświadczyłam niepokoju, jako że nagle miałam małe dziecko, za które byłam odpowiedzialna i nie ważne, ile książek na ten temat przeczytałam, nie miałam pojęcia, co robię. Na szczęście mój syn dopiero co skończył 13 lat, więc udało mi się.

Traktujesz pisanie wyłącznie jako pracę, czy jest to też Twoja pasja, Twoje życie?

To jest moje życie – poza moimi dziećmi. Pisanie to moje życie, to wewnętrzna potrzeba. Piszę od dziesiątego roku życia, jako dziecko odnalazłam się w pisaniu i czytaniu opowieści. Słowa są dla mnie wszystkim, nie wiem, czy mogłabym żyć bez pisania, więc jestem niesamowicie szczęśliwa, że mogę realizować się jako pisarka. Mieć pracę, w której się realizujemy, to zaszczyt.

Jedna z bohaterek decyduje się podjąć drastyczne kroki, by ochronić swoje dziecko. Myślisz, że postąpiła słusznie? Nie było innego sposobu?

Wracając jeszcze do depresji poporodowej, gdy twoje zdrowie psychiczne jest narażone, poproszenie o pomoc jest skrajnie trudne. Nie chcesz być oceniana i jako matka boisz się oceny, gdy powiesz: „źle się czuję, boję się, czuję się samotna, nie mogę przestać płakać, nie wiem, co robię”. Bohaterka jest spełniona, ambitna, typ człowieka sukcesu. I to właśnie dla niej to nagłe załamanie było druzgoczące, nie wiadomo nawet, czy sama dostrzegła, jak szybko i boleśnie się stacza, dopóki nie sięgnęła punktu bez powrotu. Bez wątpienia ma pieniądze i mogłaby pozwolić sobie na opiekę medyczną… Po prostu się bała powiedzieć lekarzom, swojemu bratu, co naprawdę czuła, bo sama nie była pewna, czy to się dzieje naprawdę. Uświadomiła sobie, zanim podjęła decyzję, że znalazła się w sytuacji, w której zrobiłaby wszystko, by ochronić swoje dziecko, jak z resztą każda matka… Była gotowa poświęcić swoje życie.

Planujesz coś w najbliższym czasie?

Aktualnie pracuję nad kolejnym thrillerem… Po raz pierwszy miejscem akcji będzie Kanada. Jednak na razie nie mam planów co do dnia premiery ze względu na COVID-19. Jest o macierzyństwie w wieku średnim, o obsesji, sekretach, sąsiadach… i morderstwie.

Jest coś, co chciałabyś powiedzieć swoim polskim fanom?

Dziękuję z całego serca, olbrzymie, szczere „dziękuję” za przyjęcie mojej książki, za zdjęcia bookstagramerów i czytelników, którzy publikują recenzje z pięknymi zdjęciami… Wasz kraj jest piękny… Mam nadzieję, że pewnego dnia uda mi się przyjechać, by spotkać się z moimi czytelnikami, gdy świat wróci do normy. Naprawdę doceniam wsparcie, to wiele dla mnie znaczy, że książka została przetłumaczona na polski, że poleciła ją Magda Stachula, doceniam zaangażowanie wszystkich polskich czytelników i autorów.

Niezmiernie dziękuję!

Mam nadzieję, że wszystko u Was dobrze i jesteście bezpieczni, jeszcze raz – dziękuję!


Cyberpunk 1982-2020

Cyberpunk na dobre opanował współczesną kulturę. Nie tylko książki oraz filmy, ale także i gry, muzyka, czy tez moda odwołują się do tego zjawiska. No właśnie gry, a szczególnie ta, na którą wszyscy czekają, stworzona przez twórców Wiedźmina 3. Cyberpunk 2077 jest jednym z najbardziej wyczekiwanych od kilku lat produktów. Świadczy o tym nawet samo wpisanie frazy „cyberpunk” w wyszukiwarkę Google. Pierwsze wyniki wcale nie dotyczą hasła w Wiki, ale produktu CD Projekt Red. Dlatego dobrze jest przed jej premierą sięgnąć po książkę Michała Wojtasa Cyberpunk 1982-2020.

Cyberpunk – z czym się to je?

 Za nim przejdę do książki, kilka słów o tym czym jest cyberpunk.

Na pewno, postawą życiową, filozofią czy też ideologią, w których głównym tematem jest relacja ludzkości z technologią. Wszystko zaczęło się od literatury, ojcem gatunku jest William Gibson, a samą nazwę podał w opowiadaniu Bruce’a Bethke.

Jednak cyberpunk to nie tylko literatura. Dużą rolę w jego rozwoju odegrał film. Szczególnie Łowca androidów oraz anime Ghost In the Shell i Akira. A później przyszedł czas na gry, w których najważniejszą jest Cyberpunk 2020, z której to wywodzi się komputerowy Cyberpunk 2077.

Najważniejsze elementy cyberpunka, za http://extra.innpoland.pl/cyberpunk to: dystopijny obraz stechnicyzowanego i rządzonego przez korporacje świata przyszłości, rozkład moralny towarzyszący postępowi technologicznemu, istnienie związanej z technologią kontrkultury, z której wywodzą się bohaterowie, istnienie sieci przesyłu danych łączącej cały realny świat, a tworzącej osobną rzeczywistość (cyberprzestrzeń), w której często rozgrywa się znacząca część fabuły, uwypuklenie znaczenia informacji, jej przetwarzania i przesyłu dla świata przedstawionego, stechnicyzowanie języka narracji, połączone z wulgaryzacją i wprowadzaniem elementów gwar środowiskowych (przestępczych, młodzieżowych, zawodowych) zarówno do narracji jak i języka używanego przez postaci, powszechność scalania elementów ludzkich i technicznych (cyborgizacje, wprowadzanie świadomości w cyberprzestrzeń, przenoszenie ludzkiej świadomości do SI), mroczny, pesymistyczny klimat utworów.

Cyberpunk 1980-2020

Michał Wojtas zrobił niesamowitą robotę decydując się na napisanie książki Cyberpunk 1982-2020. W tej  ponad 350-stronicowej publikacji wyjaśnia czym właściwie jest cyberpunk oraz przede wszystkim to, jakie znaczenie ma dla współczesny kultury. Wskazuje, też, że samo zjawisko było znane trochę wcześniej niż w latach 80-tych ubiegłego wieku, ale nie potrafiliśmy go nazwać.

https://www.instagram.com/p/B_ZWQ-EpsRt/

W poszczególnych rozdziałach Wojtas opowiada skąd wziął się cyberpunk, kto jest jego ojcem, a kto odpowiedzialny był za jego rozwój oraz o tym jak cyberpunk na dobre zadomowił się w literaturze, filmie, grach komputerowych i co z tego dobrego wynika dla świata rozrywki.

Książkę na pewno polecam osobom stroniącym od science fiction (może przekonają się jak wielka siła drzemie w tym gatunku) oraz wszystkim czytelnikom, którzy chcą dowiedzieć się czym jest cyberpunk.  Czyta się szybko i co najważniejsze treść wciąga jak w dobrej powieści scienie fiction.

Moja ocena: 8,5/10

Michał Wojtas, Cyberpunk 1982-2020, Wydawnictwo Znak, 2020

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa Znak. Dziękuję bardzo.