Mother!– Aronofsky nakręcił arcydzieło

Najnowszy film Aronofskyego jest skierowany tylko do określonych grup odbiorców. Jeśli nie lubisz dzieł kinematografii przepełnionych symboliką, w czasie których, a także po których należy myśleć lub nie uważasz się za artystę, nie wybieraj się do kina. Jeżeli jednak należysz do jednej z wymienionych grup, obowiązkowo wybierz się na film. Jest piorunujący.

Jeszcze jedno, nie sugeruj się zapowiedzią. Zapowiada niezły horror, w rzeczywistości Mother! nie ma nic wspólnego z filmami wywołującymi gęsią skórkę ze strachu.

Mother! – film o mężczyźnie i kobiecie

W pierwszym ujęciu pokazana jest płonąca kobieta. Później mężczyzna stawia diament, czym powoduje przeistoczenie zniszczonego mieszkania w świeże, częściowo odremontowane. Następnie widz widzi budzącą się kobietę, która wstaje i szuka swego męża.

Szybko dowiadujemy się, że bezimienny mężczyzna i kobieta są mieszkańcami domu, a ten należy do pierwszego z nich. Kiedyś budynek spłonął, ale pojawiła się ona i rozpoczęła remont. Mężczyzna, który jest artystą, nazywa kobietę inspiracją, która nie tylko ciałem, ale i pracą przy odnowieniu domu, pozwoliła mu na dalsze tworzenie. Kłopot w tym, że w chwili zapoznania się z bohaterami Mother! widz poznaje mężczyznę w stanie bezpłodności artystycznej. Pewnego wieczoru do domu puka niespodziewany gość. Wówczas mężczyzna zaczyna zachowywać się dziwnie obdarzać dziwnymi uczuciami nie te osoby, które powinien, a ona dostrzegać nietypowe rzeczy.

Mimo, że główną rolę reżyser powierzył Jennifer Lawrence, jednak to Javier Bardem wzbudził moje zainteresowanie. Oboje aktorzy wielokrotnie pokazali, że potrafią świetnie zagrać, ale w Mother! Bardem przeszedł samego siebie. Potrafi wzbudzić u widza emocje i zacząć nimi żonglować.

Kiedy upływają dwie godziny filmu? Nie wiadomo, dla mnie na pewno szybko. Podobno niektórzy nudzą się na Mother!, ja czułem się jakbym był wciągnięty w psychodeliczny sen.

Mother! – arcydzieło absurdu

W przypadku odbioru tego filmu obowiązkowe jest uruchomienie szarych komórek, aby dokonywać prób rozszyfrowania poszczególnych elementów. Mother! zaczyna się od wprowadzenia widza w strefę wypełnioną tajemnicami, z teraźniejszości oraz przeszłości, a kończy się na absurdalnych scenach.

I to one są najpiękniejsze, gdy potrafi się je odczytywać. Tak jak w Źródle (o wiele prostszym w odbiorze niż Mother!) mamy do czynienia z metaforami, symboliką, które wplecione w scenariusz o nim, o niej i gościach w ich domu, zmieniają film w poezję ruchomego obrazu. Ten film odbiera się jak czytanie wiersza lub metafizycznej historii.

Absurd tworzy opowieść wielowymiarową, którą można odczytywać dwojako- nadawać bohaterom biblijne role lub pozbawiać tej religijnego charakteru na rzecz ludzkiego aktu tworzenia.

Mother! – ocena

Film odebrałem bardzo osobiście. Czasami zdarza się , że trafiamy na filmy, których potrzebujemy. Ja takiego szukałem. Mimo, że jest trudny w odbiorze i zaprząta myśli na długo po projekcji, wzbogacił mnie i dał do myślenia. Uznaję go za równy Źródłu Aronofskyego i daję najwyższą ocenę.

Ocena 10/10

Darren Aronofsky, Mother!, 2017

Cuphead – platformówka wyjęta z lat 90

Co to za postać: mała, uśmiechnięta, nosi czerwone spodnie, białe rękawiczki, ma czarny tułów i nogi, które zakończone są wielkimi stopami? Nie to nie Myszka Miki. To Cuphead, postać z gry, która  od 29 września 2017 r. nieźle namieszała na rynku. Mówią o nim tradycyjne media oraz internauci, a nowi nabywcy wciąż zasilają konto producenckiego Studia MDHR.

Krótko mówiąc, gdzie się Filiżankogłowy pojawi, tam otrzymuje pochlebne recenzje. Pragnąc dowiedzieć się dlaczego, zagrałem i… zakochałem się w Cupheadzie oraz jego bracie Mugheadzie.

Cuphead – dobra gra w starym stylu

Linia opowieści gry zaczyna się w kasynie, gdzie bracia przegrywają swoje dusze. Udaje się im jednak pozyskać uwagę diabła i przekonać go do możliwości odwołania zakładu. Muszą tylko odpracować równowartość swoich dusz. W tym miejscu stery przejmuje gracz.

Cała gra to seria pojedynków z potężnymi bossami plus kilka elementów platformowych. Wspominana powyżej fabuła jest tylko, po to by całość, przysłowiowo, trzymała się jakoś kupy. A największą zaletą gry Cuphead jest jej trudność.

Gdy tylko Cuphead pojawił się na rynku, recenzenci porównali grę do tych z lat 90-tych, uzasadniając, bo rzuca graczowi tak wielkie wyzwania. Nawet na poziomie łatwym pokonanie antagonistów wymaga refleksu, strategii i odpowiedniego przygotowania. Wrogów „uczy się” – walcząc poznaje się ich zachowanie, szuka się luk, które można wykorzystać. Nie należy jednak osiadać na laurach. Warto grać na wyższym poziomie trudności, gdyż nie tylko jest to odznaczone w podsumowaniu rozgrywki, ale też nagradzane dodatkowymi przeistoczeniami wrogów, a te są szalone jak sama rozgrywka.

Pomysłowość twórców była gigantyczna. Już na samym początku dostajemy żabę wskakującą w drugą, co czyni z tego połączenia automat do jackpota, kwiat, który zamienia się w karabin maszynowy, napędzany własnoręcznie, wystrzeliwujący pociski-nasiona, czy też szalonego dżina. Zwycięstwo nad nimi wymaga sporo czasu, ale cieszy. Co więcej, każda porażka nie frustruje. Bowiem, gracz przegrywa tylko z własnej winy, a to uczy pokory.

Cuphead – jazz i stara kreskówka

Cuphead jest stylizowany na kreskówkę z lat 30. Starość widzimy na każdym kroku – po przegranej pojawia się tablica, na której widnieje rok 1930, na ekranie pojawiają się zniszczenia kliszy, lekko zniekształcony dźwięk odgłosów walki. Całość nawiązuje do ówczesnych produkcji Disneya, wyglądem (ręcznie malowane tła, efekt starej taśmy), stylistyką (opisany powyżej klimat) oraz muzyką.

Fajnym wrażeniem jest uczucie towarzyszące kończeniu rozgrywki. Za każdym razem mam wrażenie, że oglądałem animację. Niesamowite!

Niesamowitą jest tez ścieżka dźwiękowa.. Skomponowana na  wysokim poziomie, atrakcyjna tak, że nawet po wyłączeniu gry uruchamiam ją na YouTube, by „coś mi grało podczas pisania”. Stary dobry jazz, taki jak grał Benny Goodman ze swoją orkiestrą – dużo dętych instrumentów, mocne uderzenia perkusji. Zresztą, polecam sprawdzić osobiście:

A tu materiał z produkcji ściezki dźwiękowej do gry Cuphead

Cuphead – ocena

To jest gra zarówno dla dzieci, jak ich rodziców (którzy grali w gry wideo latach 90). Warunkiem, by spodobała się graczowi, jest jego nastawienie do znoszenia porażek. Cuphead  nie jest pozycją dla osób nerwowych, będą się tylko męczyły się podczas rozgrywki.

I jeszcze jedno, obowiązkowo do gry należy zakupić pada. Granie na klawiaturze niszczy co najmniej połowę przyjemność rozgrywki.

Ocena:  8,5/10

Cuphead, Studio MDHR, 2017

 

Co robi język za zębami?

Co robi język za zębami? nie jest książką tylko dla dzieci. Agata Hącia napisała super publikację, z której skorzystają również młodzież oraz dorośli. Wygląda nieźle… i tak samo waży (twarda oprawa, wysokiej jakości papier oraz poprawna oprawa książki robią swoje). A co znajduje się w jej środku? O tym w niniejszym wpisie.

Co robi język za zębami – kilka słów o poprawnej polszczyźnie

Miałem mieszane uczucia, gdy po raz pierwszy usłyszałem o książce, ale postanowiłem ją sprawdzić. Skoro wszyscy o niej mówią, musi być wyjątkową publikacją – pomyślałem. Cieszę się, że decyzja była strzałem w dziesiątkę.

Pierwszą rzeczą jaka rzuca się w oczy to ilustracje Macieja Szymanowicza . Grafik na pewno jest znany miłośnikom książek dla dzieci. Ja zwróciłem na niego uwagę dzięki książce Asiunia Joanny Papuzińskiej. Osobom nie znającym jego unikalnego stylu i pomysłowości, polecam odwiedzić profil autora: https://www.behance.net/maciejszymanowicz

Szymanowicz daje popis swoich umiejętności i w tej publikacji, Jest wesoło, kolorowo, co sprzyja przyswajaniu treści.   A ta zadziwiła mnie tak bardzo pozytywnie.

Żadnych naukowych wywodów, jak u Profesorów Miodka i Bralczyka, tylko prosty język, który dotrze do najmłodszych oraz osób niemile wspominających lekcje języka polskiego. Co robi język za zębami?  rozpoczyna się od rozdziału zawierającego zestaw ćwiczeń oddechowych oraz tych na rozgrzanie buzi. Jest też trochę cennych wiadomości o innych językach. Kolejne rozdziały poświęcone są słowom, zwrotom, ich znaczeniu, etymologii. Są one uzupełnione zagadkami i ćwiczeniami pozwalającymi szybciej przyswoić wiedzę. Całość zamykają części  zwracające uwagę na poprawne stosowanie polszczyzny w mowie i na piśmie.

O niezwykłości Co robi język za zębami? stanowi szczególna narracja. Bez niej byłby to kolejny podręcznik, o którym mówiłyby swoim uczniom polonistki, wściekłe na świat za to, że los pchnął na taki rodzaj studiów, a później do nauczania dzieci w szkole. Agata Hącia na pewno nie należy do grupy osób, które nie kochają tego co robią. Wręcz przeciwnie książka jest dowodem na to, że język polski można pokochać, uczynić z niego źródło zarobków, a do tego pozytywnie zarażać  innych swoją pasją, nawet najmłodszych.

Co robi język za zębami? – to książka nie tylko dla dzieci

Jak wspomniałem, również młodzież i dorośli skorzystają z lektury Co robi język za zębami?. Do nich wystosowane są rozdziały A jeśli masz więcej niż 7 lat oraz A jeśli jesteś już całkiem dorosły. Owe fragmenty publikacji na pewno nauczą stosować poprawna polszczyznę, a nawet pogłębią zainteresowanie naszą rodzimą mową.

Jak wyjaśnić dorosłym co robi język za zębami? Wystarczy tylko otworzyć książkę Hąci. Autorka robi to naprawdę dobrze, w sposób „który trafia do dorosłych”. Wszystko przez stosowania tego samego języka, jakiego używa w komunikacji z najmłodszym czytelnikiem. Jest krótko, prosto i bardzo ciekawie. Aż chce się czytać.

Co robi język za zębami? – ocena

Zasłużona 10. Polecam zakupienie Co robi język za zębami? wszystkim babciom, dziadkom, rodzicom na imieniny, urodziny pociech, prezent mikołajkowy lub gwiazdkowy. Ważne, aby książka spodobała się dziecku, sugeruję, wspólne jej czytanie – naprawdę zbliża i zwiększa czytelnicze doznania. Dodatkowo kieruję zakupowy apel do rodziców, którzy fundują dzieciom piłkarsko- taneczne zajęcia pozaszkolne. Może podarowanie dziecku Co robi język za zębami? ochroni je przed życiową porażką – kiedy zrozumie, że potrafi tylko grać w piłkę lub tańczyć – kierując je do wybrania zawodu, w którym pieniądze zarabia się za pomocą słowa pisanego lub ciekawej wypowiedzi ustnej. Jest to możliwe, w taki sposób pracuje autorka książki, również i ja oraz wiele, wiele osób.

Ocena:10/10

Agata Hącia, Co robi język za zębami?, PWN, 2017

Książkę otrzymałem od wydawnictwa PWN. Dziękuję bardzo!

 

The Stranger Things – Sezon 2

The Duffer Brothers powrócili do Netflixa z serialem The Stranger Things, o którym pisałem rok temu. Drugi sezon opowieści o niezwykłych przygodach dzieciaków i dorosłych z miasteczka Hawkins jest jeszcze lepszy niż wcześniej i wciąga – całość (9 odcinków) można obejrzeć w jeden wieczór.

The Stranger Things – zło  powraca w starym dobrym stylu

Z kontynuacją serialowych opowieści jest jak z porządnym polskim schabowym, najlepiej smakuje gdy przyrządzimy go na świeżo. W przypadku The Stranger Things 2 pozostały receptura i surowiec, reszta przyrządzona została na świeżo i wzbogacona kilkoma dodatkami.

Rok po wydarzeniach z pierwszego sezonu, zło z innego wymiaru znów pojawia się w Hawkins. Świadectwem tej obecności są wizje Willa, w których na niebie widać pajęczopodobny zarys konturów, a także jaszczurowate stworzenie znalezione przez Dustina, drugiego nastolatka. Okazuje się też, że Jedenastka przeżyła konfrontację kończącą pierwszy sezon i jest ukrywana przez jednego z bohaterów. Ponadto pojawiają się nowe postaci, jakże ważne dla przebiegu zdarzeń. Tak rozpoczyna się 9-odcinkowa opowieść o walce dobra ze złem, którą oceniam wyżej niż pierwszą część.

The Stranger Things 2 ­– dlaczego zachwyca

The Stranger Things jest horrorem, a więc powinno zachowywać konwencję gatunku. Tak jak w innych tego typu filmach, mamy potwory, opętania, tajemnicze moce, krwiożerczość i zagrożenie dla życia ludzkiego. Jednak The Duffer Brothers poszli o krok dalej niż inni reżyserzy. Zadbali by wymienione typowe elementy nie były pierwszymi skrzypcami w budowaniu napięcia. Strach wywoływany u odbiorcy serialu jest w umiejętny sposób dźwiękiem i pracą kamery. Wszelkie ryki, skrzypienia i stuknięcia pobudzają zmysły, a ukazanie rozszerzonych źrenic i otwartych ust, czy też gęsiej skórki wywołuje więcej paniki, niż tysiąc efektów specjalnych.

Drugim powodem mojego zachwytu jest budowa opowieści. Minął rok od przedstawionych w pierwszym sezonie wydarzeń, a to bardzo duży kawał czasu w życiu nastolatków. Widać to po bohaterach. Są o rok starsi, a więc poważniejsi, zaczynający dojrzewać, zmieniać się, tak jak otaczający ich świat. Na automatach króluje Dragon`s Lair, w kinach wyświetlana jest pierwsza  część Terminatora, na balu szkolnym puszczane są Every breath you take oraz Time after time, a jeden z bohaterów słucha The Four Horsemen, utworu  z pierwszego albumu Metalliki. Nowe czasy, nowa opowieść.

I to jaka! Miałem wrażenie, że mimo śledzenia kontynuacji zdarzeń przeżywam coś nowego.  Podobne uczucie towarzyszy mi gdy oglądam kolejną część Gwiezdnych wojen. Nawet finał, mimo podobieństwa do zakończenia pierwszej części, jest tak bardzo wyjątkowy.

The Stranger Things 2 ­– ocena

Zasłużona najwyższa dziesiątka. Serial budzi emocje, zmusza do „zarwania nocy”, by obejrzeć jeszcze jeden odcinek i dostarcza mnóstwo rozrywki. Dla niego warto wykupić miesięczny abonament na Netflixie, a ten do tanich nie należy.

Ocena: 10/10

The Stranger Things 2, reż. The Duffer Brothers, Netflix, 2017

Księga cytatów – polecane maturzystom

Powiedzmy sobie prawdę, opracowania pomocne w szkolnej nauce języka polskiego dzielą się na zwykłe bryki i doskonale zredagowane książki. Proponuję dodanie do tego rozróżnienia trzeciej kategorii, nazwijmy ją, arcyopracowania. Na rynku jest kilka takich pozycji. Sięgając po nie uczniowie znajdują najwyższej jakości wiedzę, ułożoną w przemyślany sposób.

Takim arcyopracowaniem jest Księga cytatów autorstwa Adama Wolańskiego, Agaty Hąci oraz Ewy Wolańskiej – ekspertów od polszczyzny.

Księga cytatów – co znajdziesz w środku

Na prawie 400 stronach znajduje się 1,5 tys. cytatów z około 500 utworów. Autorzy ściągnęli esencję zarówno z prozy i poezji, a także dramatów, które powstały od początków istnienia cywilizacji. Uzupełnione one są notami biograficznymi i podzielone na części: „Autorzy” „Utwory anonimowe”, „Biblia”, „Sentencje łacińskie”. Całość zamyka „Kalendaria i indeksy”.

Sam indeks motywów literackich, zawiera 500 typowych wątków, tematów, postaci, miejsc, przedmiotów, symboli i zagadnień, przewijających się w utworach przez wszystkie epoki literackie. Są one uporządkowane w sposób taki, że uczeń szykujący się do napisania rozprawki, wypracowania, eseju lub przygotowujący się do matury, szybko znajdzie to, czego potrzebuje.

Księga cytatów – książka polecana przez maturzystów

Książkę otrzymałem od Wydawnictwa PWN na początku tego roku. Od tego czasu minęło kilka miesięcy, podczas którychmiąły miejsce matury. Pokazałem Księgę cytatów tegorocznym maturzystom i poprosiłem o ocenę.

Książka przypadła im do gustu. Część, żałowała, że nie poznała Księgi cytatów przed maturą. Poznałem też dwie osoby, które przewertowały książkę i skorzystały z niej przed egzaminem. Najniższą oceną jaką wystawili było 7 w skali do 10. Jako element do poprawy wskazywali wprowadzenie jeszcze większej liczby cytowanych utworów oraz obszerniejszych not biograficznych.

Księga cytatów – ocena

Książka przyda się uczniom ostatnich klas szkoły podstawowej oraz licealistom. To także dobra pozycja dla nauczycieli – mogą szybko przygotować się do zajęć. Warto też, by ostatni z wymienionych polecali publikację swoim podopiecznym, tym samym ułatwiając zdanie egzaminu dojrzałości z języka polskiego. Publikację oceniam pod względem przydatności w nauce.

Moja ocena: 9/10

Adam Wolański, Agata Hącia, Ewa Wolańska, Księga cytatów, Wydawnictwo PWN, 2017

Książkę podesłało Wydawnictwo PWN. Dziękuję!

Kaligrafia Grzegorza Barasińskiego

Kaligrafia cieszy się coraz większym zainteresowaniem – świadczy o tym ilość wydawanych książek o sztuce pięknego pisania. W minionych miesiącach pisałem między innymi o dwóch interesujących pozycjach. W tym wpisie przyszła kolej na Kaligrafię Grzegorza Barasińskiego.

Nie jest to perfekcyjna książka, jednak początkujący kaligrafowie powinni ją posiadać i dokładnie przeanalizować.

Kaligrafia – Grzegorz Barasiński

Pierwszym zastrzeżeniem jest brak informacji o autorze. Na szczęście wiedziałem kim jest Grzegorz Barasiński, ale informacji o polskim mistrzu kaligrafii i iluminatorstwa może nie posiadać czytelnik zainteresowany nauką pięknego pisania. A jest to jedna z najważniejszych postaci w branży, posiadająca wiedzę i niesamowite umiejętności, a także promująca w naszym kraju staranne kreślenie liter.

Czytelników chcących bliżej poznać postać autora, zamiast odsyłać do Wikipedii, zapraszam do obejrzenia filmów przybliżających autora i jego pasję:

 

Kaligrafia –dla początkujących

Drugie zastrzeżenie dotyczy samej treści książki. Brakuje w niej podstawowej informacji o tym, że ćwiczenia znalezione w Kaligrafii należy wykonywać wielokrotnie, by wyrobić rękę. „Myślący czytelnik” szybko to odkryje, ale „nowicjusz napalony na naukę pięknego pisania w jeden dzień” wykona w połowę ćwiczeń z podręcznika i na pewno będzie zasmucony, że wciąż bazgroli.

Kaligrafia to jeden wielki zestaw ćwiczeń, stworzony według schematu: po lewej stronie uczeń otrzymuje od mistrza wzór, który ma za zadanie skopiować po prawej, wykropkowanej stronie publikacji. Jest to efektywne wprowadzenie w tajniki pięknego pisania, ale, powtórzę, wymaga wielokrotnie powtarzanych ćwiczeń, a o tym autor nie wspomina.

Przejdźmy do samych ćwiczeń. Są one tak skonstruowane, że zadowolone z nich będą zarówno dzieci, jak dorośli. Barasiński uczy posługiwania się piórem, patykiem, ołówkiem za pośrednictwem rysowania kwiatków, ptasich piór, cegieł, by przejść do liternictwa. Bardzo dobra robota!

Kaligrafia  trochę przypomina „kreatywne książki” –w których trzeba mazać, malować wycinać i wklejać. Jednak w odróżnieniu do nich, została przeze mnie ciepło przyjęta. A to dlatego, że jest o wiele bardziej wartościowa. Jej zadaniem jest zachęcenie do nauki kaligrafii, i robi to znakomicie.

Kaligrafia – ocena

Po pozycję powinny sięgnąć osoby,  które jeszcze nic nie wiedzą o kaligrafii lub dopiero postawiły pierwsze kroki. Warto też przedstawić ją uczniom na zajęciach plastycznych, na przykład w postaci wykonania kilku ćwiczeń podczas lekcji. Publikacja przyda się również osobom szukającym wyciszenia. Jak pisze we wstępie do Kaligrafii psychoterapeutka Zofia Pierzchała, skupienie się na literach wycisza i pomaga oderwać się od codziennego zgiełku. Zgadzam się z jej opinią.

Moja ocena: 8/10

Grzegorz Barasiński, Kaligrafia, Znak emotikon, 2017

Dziękuje Wydawnictwu Znak za podesłanie Kaligrafii

Czerwone dziewczyny – kilka słów o książce

Jest północ. Dobrze, że wypiłem kawę, cieszę się pod wąsem. Dobrze, bo mogę jeszcze poczytać Czerwone dziewczyny, dodaję w myślach i ponownie nurkuję w książce. Tak w skrócie wyglądały moje trzy wieczory drugiego tygodnia lipca.

Powieść Kazuki Sakuraby jest literaturą najwyższych lotów, z japońską rodziną w roli głównej. Mieszają się w niej: obyczajowa historia, realizm magiczny, a także coś, co chyba najłatwiej nazwać „japońską duszą” – elementem widocznym w powieściach Murakamiego oraz Yoshimoto, czy animacjach Miyazakiego. Czerwone dziewczyny, jak wyjaśnia genezę sagi autorka, są opowieścią o japońskich Kennedych – rodzinie odzwierciedlającej losy swojego kraju, więcej informacji w poniższym wideo:

Czerwone dziewczyny – japońska rodzina Kennedych

Tło powieści obejmuje wczesne lata po II Wojnie Światowej do czasów nam współczesnych. Po przegranej walce Japonia powoli odradza się, powstaje z popiołów i powoli staje się imperium. Każde z trzech pokoleń żyjących w tym okresie na swój sposób widzi poniesioną klęskę i reaguje na nią. Gdy rodzice próbują wspólnymi siłami odbudować świetność Kraju Kwitnącej Wiśni, młodzi wyrażają konformistyczny bunt, a ich dzieci znają wojnę tylko z opowieści dziadków i żyją po swojemu w kraju, w którym panuje już dostatek.

Linia akcji Czerwonych dziewczyn zaczyna się od pozostawienia przez „ludzi z gór” małej dziewczynki, która potrafi przewidywać przyszłość. Z czasem Manyo trafia do bogatej rodziny fabrykanta Akakuchiby, wychodząc za mąż za jego syna. Ze związku rodzi się Kemaris – bohaterka przypadła mi najbardziej do gustu. Dziewczyna jest członkinią gangu motocyklistów, walczy o wpływy w poszczególnych dystryktach, aż do pewnego incydentu. Wówczas zaczyna zajmować się mangą. Jej dziecko jest zupełnie inne, nie ma daru jasnowidzenia, nie buntuje się. Jednak i na nim spoczywa pewne zadanie – musi rozwiązać zagadkę morderstwa.

Czerwone dziewczyny – refleksja o roli kobiet

To co wypływa z treści to nie refleksje na temat trzypokoleniowych zmian w Japonii , ale opis miejsca kobiet. To one są bohaterkami sagi i to one awansują w społeczeństwie. Poczynając od najstarszego pokolenia – osób starszych od Manyo, tradycyjne życie rodzinne i ogólnospołeczne Japończyków podlega przemianom. Kobiety z odwagą zamieniają się z przysłowiowych „kur domowych”, w niezależne jednostki, potrafiące walczyć o swoje marzenia i równouprawnienie.

Myślę, że pod tym względem książka Kazuki Sakuraby przypadnie do gustu wszystkim mniej lub bardziej walczącym feministkom.

Czerwone dziewczyny – realizm magiczny

Bardzo lubię realizm magiczny rodem z Japonii. Ukryty w sadze Sakuraby najbardziej przypomina ten z powieści Murakamiego. W codzienne życie zwykłych szarych ludzi wkradają się niezwykłe wydarzenia, przedziwne postaci i są one powszechnie akceptowane. Mieszkańcy Kraju Kwitnącej Wiśni mają dar do takich opowieści, bowiem wychowywani są na takich, współtworzących ich kulturę i krąg wierzeń.

Czerwone dziewczyny – ocena

Czy jeszcze wrócę do tej powieści. Pewnie tak, czas pokaże. Zrobiła na mnie wrażenie, ale na pewno nie takie jak Rybacy Obiomy, z którymi spotkałem się po raz pierwszy.

Książkę polecam wszystkim miłośnikom Japonii oraz dobrze napisanych historii, a także czytelnikom stroniącym od realizmu magicznego. Ten z Czerwonych dziewczyn może ich przekonać do siebie.

Ocena: 8,5/10

Kazuki Sakuraba, Czerwone dziewczyny, Wydawnictwo Literackie,2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

Trzy powody dlaczego ponownie obejrzę film Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Przed napisaniem tekstu przyjrzałem się wypowiedziom internautów oraz sprawdziłem kilka blogów z recenzjami Valeriana i Miasta Tysiąca Planet. Można podzielić je na dwa rodzaje: pozytywne oraz tradycyjne wylewanie pomyj. Do drugiej grupy należą najczęściej znawcy komiksu oraz eksperci ds. kinematografii – jestem miło zaskoczony ich wypowiedziami, bo kilku  opublikowało bardzo wartościowe teksty.

Mi osobiście film przypadł do gustu, oceniam go na mocne 8/10. Z Valerianem i Laureline miałem do czynienia niewiele, kiedyś wpadło w moje ręce kilka komiksów Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a, ale nie określam siebie mianem znawcy/fana serii.

Poniżej znajdują się trzy powody, dla których obejrzę ponownie Valeriana i Miasto Tysiąca Planet:

 

Valerian jest ucztą dla oczu

Powiedzmy sobie szczerze, wyszedłem z kina zachwycony. Luc Besson stworzył świat wypełniony po brzegi kosmitami i różniącymi się od siebie lokacjami. Film jest w każdym calu dopracowany pod względem wizualnym. Wiedząc na co stać artystę stwierdzam: z chęcią obejrzałbym Star Wars  w jego reżyserii – szczególnie, że komiksowe przygody Valeriana były inspiracją dla Gwiezdnych wojen, więcej o tym w artykule: http://bit.ly/2uTOZUz

 

Valerian z filmu jest inny.

To co przeszkadzało mi w latach 90 – wtedy spotkałem się po raz pierwszy dzięki magazynowi Komiks z Valerianem i Laureline – to zbyt długie kwestie dialogowe. W komiksie para i spotkane przez nią osoby bardzo dużo mówiły (na marginesie, to co mi przeszkadzało jako dziecku, teraz bardzo cenię). Idąc na Valeriana i Miasto Tysiąca Planet spodziewałem się bardzo rozwiniętych dialogów. Na szczęście nie było. Zamiast tego akcja filmu toczyła się w bardzo szybko, czasami wręcz pędziła, nie pozwalając mi na znudzenie. Bardzo fajne kino akcji.

Należy podkreślić, że Valerian i Miasto Tysiąca Planet nie jest adaptacją konkretnego tomu komiksu. To luźna wariacja pochodząca z bogatej wyobraźni Luca Bessona.

 

Wolę Valeriana i Laureline z filmu, niż z komiksu

Dane DeHaan jest rewelacyjnym aktorem. W Valerianie. jak zwykle, daje popis swoich umiejętności aktorskich i… wygląda o wiele lepiej niż postać narysowana przez Jean-Claude’a Mézières’a.

Natomiast Cara Delevingne, której grę pewien krytyk niesłusznie porównał do Groota ze Strażników Galaktyki, dorównuje kroku DeHaan`owi. Po obejrzeniu  Papierowych miast miałem o niej nie najlepsze przekonanie, przy Legionie samobójców zmieniłem je, by po obejrzeniu Valeriana i Miasta Tysiąca Planet stwierdzić: „jest ogromna nadzieja, bo aktorka, z filmu na film, gra co raz lepiej”.

Ocena: 8/10

Komiks dostępny jest tutaj:

Valerian i Miasto Tysiąca Planet, reż Luc Besson, 2017

Śmierć przewodnika rzecznego

Ameryka ma swojego Cormac`a McCarthy`ego, a Australia Richarda Flanagana. W lipcu 2017 ukazała się w Polsce jego kolejna powieść Śmierć przewodnika rzecznego i jest jeszcze cięższa niż Księga ryb oraz Pragnienie, o których pisałem wcześniej.

Poznaj moją opinię o innych książkach Flanagana

Precyzując, ciężki jest klimat. Każda strona jest przesycona bólem, cierpieniem, głodem. A do tego owo gnostyczne podejście do świata. Najlepszym opisem książki może być jej fragment:

Chłopak ma przesrane – powiedział Stary Bo.
I tyle.

Uwaga! To nie jest książka dla wrażliwych osób. Jednak, czytelnicy zarażeni prozą Flanagana oraz ci szukający ambitnej, trudnej, zmuszającej do myślenia lektury, powinni przeczytać Śmierć przewodnika rzecznego.

Śmierć przewodnika rzecznego – o wizjach podczas topienia się

Aljaz Cosini, mężczyzna trudniący się przewozem turystów po rzece Franklin, tonie uwięziony w podwodnej pułapce. Znajduje się w niej, bo rzucił się na pomoc tonącemu turyście. Jego agonii towarzyszą wizje przeszłości jego przodków oraz innych osób, splecione ze wspomnieniami z życia Aljaza.

Pod tą, na pierwszy rzut oka, prostą fabułą kryją się opowieści o trudach życia na Tasmanii, nieszczęściu ludzkim, miłościach poddanych próbie i ją przegrywających oraz więzach łączących syna z ojcem. Pozwala to autorowi zbudować opowieść o wyobcowaniu i wiecznym skazaniu na porażkę. Dalecy przodkowie Aljaza, rodzice, jak też i on sam starali zbudować sobie szczęśliwe życie. Jednak ich marzenia i oczekiwania legły w gruzach podczas konfrontacji z rzeczywistością.

W ostatnich chwilach bohater uzmysławia sobie, że jest przegrany. To co kochał i na czym mu zależało zostało odebrane. Jednak w samej śmierci jest coś pozytywnego, poniekąd stanowiące szczęśliwe zakończenie. Co? Odpowiedź na ostatnich kartach Śmierci przewodnika rzecznego.

Śmierć przewodnika rzecznego – książka o odnajdywaniu tożsamości

Flanagan wykorzystał swoją powieść do dyskusji na temat Tasmanii. Pokazując bohaterów walczących z tragicznym losem, ich przemyślenia oraz wiedzę i podejście do historii Ziemi van Diemena, próbuje ocenić to, co spotkało ten obszar w przeszłości.

Nie jest to ocena pochlebna. Wręcz przeciwnie. Oskarża przybyszów ze Starego Świata o zniszczenie tego, co zastali w Tasmanii wraz ze swoim przybyciem. Kolonizacja oraz zsyłanie skazańców doprowadziły do śmierci tubylców, którym odebrano siłą rodzinny dom. Na kartach Śmierci przewodnika rzecznego czytamy:

Zastanawiam się, czy pamięć o nieszczęściu tej utraty noszą też w sobie ci, którzy pierwotnie zaludniali tę ziemię. Czy zaczęło się od walki o nią? Bo chociaż Anglicy wiedzieli, że tubylcy są częścią tej ziemi, to hołdowali koncepcji, że jej właścicielem może dla własnych korzyści zostać jeden człowiek? Czy może wynikało to z idei ziemi nie jako źródła wiedzy, lecz bogactwa? Czy było tak, że biała wyobraźnia, która mocowała się z wiedzą czarnych, pokonała ją, bo wzięła w posiadanie tę krainę, która leżała u źródeł czarnej wiedzy?

Co więcej, Flanagan rozpacza nad losem ludu zamieszkującego obszar. Został on tak stłumiony, że jego przedstawiciele starali wyprzeć ze swej pamięci pochodzenie.

Nikt nie mówił nic. Przez całe stulecia nie słyszano ani słowa. Nawet pisarze i poeci milczeli na temat swojego świata.

Jednak pamięć o przodkach wygrywa starcie z europejskim kolonializmem, upomina się o swoich ludzi. A Ci odchodzą od narzuconych chrześcijańskich wierzeń do religii przodków, budzą w sobie aborygeńskiego ducha i dołączają do swojego plemienia. Jednak dzieje się to dopiero w ostatnich chwilach ich życia.

Śmierć przewodnika rzecznego – ocena

Mam kłopot z obiektywną oceną książki – bardzo cenię prozę Flanagana. I właśnie z tej miłości wpisuję 9/10. Jednak klasyfikując pod względem innych jego książek, umieszczam ją na drugim miejscu, zaraz po Księdze ryb.

Moja ocena: 9/10

Richard Flanagan, Śmierć przewodnika rzecznego, Wydawnictwo Literackie, 2017

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za udostępnienie książki

BEST SCI FI – międzynarodowy przegląd kina science-fiction

Ależ wczoraj miałem filmową ucztę! Białostockie kino Forum zorganizowało BEST SCI FI – międzynarodowy przegląd kina science-fiction. W trakcie seansu zaprezentowano shorty  z Hiszpanii (najwięcej, bo aż 5 na 10), USA, Francji, Rosji oraz Izraela. Mega uczta dla wszystkich kochających gatunki science fiction”, a także…. fantasy.

Krótkometrażowe filmy reprezentujące z drugi z wymienionych gatunków najmniej przypadły mi do gustu. Mister Dentonn okazał się opowieścią zainspirowaną legendami o potworze czyhającym na śpiące niewinne dzieci, taki krótki Babadook. 9 minut nudy.

Ciemna syrena była trochę ciekawsza. Monolog krwiożerczej syreny żyjącej w kanałach, bardziej przypadł mi do gustu, gdyby nie przegadanie. Siedemnaście minut wydłużanej na siłę historii pozwala widzowi odpłynąć i powrócić, bez straty, że coś przeoczył.

Jednak to tylko dwa takie  filmy z całego zestawienia. W przypadku science-fiction organizator przygotował doskonałe  krótkometrażówki S-F. Najbardziej podobał mi się Magiczny ołówek. Perfekcyjnie opowiedziana historia o mocy wyobraźni, jednocześnie parodiująca spotkania motywacyjne w korporacjach. W przypadku tego filmu, chciałbym pogratulować osobie tłumaczącej tytuł i zadać jej pytanie: od kiedy pointles znaczy magiczny?

Drugi short, który wbił mnie w fotel swoja pomysłowością, a w pełnej sali wzbudził salwy śmiechu to Apolo 81. Opowieść dzieje się w barze. Do środka wchodzi mężczyzna rzuca kośćmi, siada do stolika, przy którym znajduje się już kobieta. Wyciągają karty i zaczyna się gra. Obowiązkowe „musisz zobaczyć” dla wszystkich miłośników gier planszowych i fabularnych.

Trzecim filmem, o  którym długo opowiadałem po seansie, była Julia. Jego inspiracją był Westworld (niedawno odtworzony przez J.J. Abramsa dla HBO). Tematem są androidy i ich miejsce w ludzkim świecie. To doskonałe 12 minut, podczas których widz śmieje się, wzrusza, a na koniec pozostaje z gęsią skórką z przerażenia. Po obejrzeniu tej krótkometrażówki pojawia się bardzo wiele zagadnień do przemyślenia. Gorąco polecam!

Ogólnie, jestem bardzo zadowolony z seansu. Dzięki spotkaniu zdobyłem wiele cennych inspiracji do własnej twórczości. Jak je wykorzystam? Sam jestem tego ciekaw. No i czekam na kolejne przeglądy w białostockim kinie Forum.

Oficjalna strona BEST SCI FI International Film Festival na FB: https://www.facebook.com/bestscifi/