Film

Mother!– Aronofsky nakręcił arcydzieło

Najnowszy film Aronofskyego jest skierowany tylko do określonych grup odbiorców. Jeśli nie lubisz dzieł kinematografii przepełnionych symboliką, w czasie których, a także po których należy myśleć lub nie uważasz się za artystę, nie wybieraj się do kina. Jeżeli jednak należysz do jednej z wymienionych grup, obowiązkowo wybierz się na film. Jest piorunujący.

Jeszcze jedno, nie sugeruj się zapowiedzią. Zapowiada niezły horror, w rzeczywistości Mother! nie ma nic wspólnego z filmami wywołującymi gęsią skórkę ze strachu.

Mother! – film o mężczyźnie i kobiecie

W pierwszym ujęciu pokazana jest płonąca kobieta. Później mężczyzna stawia diament, czym powoduje przeistoczenie zniszczonego mieszkania w świeże, częściowo odremontowane. Następnie widz widzi budzącą się kobietę, która wstaje i szuka swego męża.

Szybko dowiadujemy się, że bezimienny mężczyzna i kobieta są mieszkańcami domu, a ten należy do pierwszego z nich. Kiedyś budynek spłonął, ale pojawiła się ona i rozpoczęła remont. Mężczyzna, który jest artystą, nazywa kobietę inspiracją, która nie tylko ciałem, ale i pracą przy odnowieniu domu, pozwoliła mu na dalsze tworzenie. Kłopot w tym, że w chwili zapoznania się z bohaterami Mother! widz poznaje mężczyznę w stanie bezpłodności artystycznej. Pewnego wieczoru do domu puka niespodziewany gość. Wówczas mężczyzna zaczyna zachowywać się dziwnie obdarzać dziwnymi uczuciami nie te osoby, które powinien, a ona dostrzegać nietypowe rzeczy.

Mimo, że główną rolę reżyser powierzył Jennifer Lawrence, jednak to Javier Bardem wzbudził moje zainteresowanie. Oboje aktorzy wielokrotnie pokazali, że potrafią świetnie zagrać, ale w Mother! Bardem przeszedł samego siebie. Potrafi wzbudzić u widza emocje i zacząć nimi żonglować.

Kiedy upływają dwie godziny filmu? Nie wiadomo, dla mnie na pewno szybko. Podobno niektórzy nudzą się na Mother!, ja czułem się jakbym był wciągnięty w psychodeliczny sen.

Mother! – arcydzieło absurdu

W przypadku odbioru tego filmu obowiązkowe jest uruchomienie szarych komórek, aby dokonywać prób rozszyfrowania poszczególnych elementów. Mother! zaczyna się od wprowadzenia widza w strefę wypełnioną tajemnicami, z teraźniejszości oraz przeszłości, a kończy się na absurdalnych scenach.

I to one są najpiękniejsze, gdy potrafi się je odczytywać. Tak jak w Źródle (o wiele prostszym w odbiorze niż Mother!) mamy do czynienia z metaforami, symboliką, które wplecione w scenariusz o nim, o niej i gościach w ich domu, zmieniają film w poezję ruchomego obrazu. Ten film odbiera się jak czytanie wiersza lub metafizycznej historii.

Absurd tworzy opowieść wielowymiarową, którą można odczytywać dwojako- nadawać bohaterom biblijne role lub pozbawiać tej religijnego charakteru na rzecz ludzkiego aktu tworzenia.

Mother! – ocena

Film odebrałem bardzo osobiście. Czasami zdarza się , że trafiamy na filmy, których potrzebujemy. Ja takiego szukałem. Mimo, że jest trudny w odbiorze i zaprząta myśli na długo po projekcji, wzbogacił mnie i dał do myślenia. Uznaję go za równy Źródłu Aronofskyego i daję najwyższą ocenę.

Ocena 10/10

Darren Aronofsky, Mother!, 2017

The Stranger Things – Sezon 2

The Duffer Brothers powrócili do Netflixa z serialem The Stranger Things, o którym pisałem rok temu. Drugi sezon opowieści o niezwykłych przygodach dzieciaków i dorosłych z miasteczka Hawkins jest jeszcze lepszy niż wcześniej i wciąga – całość (9 odcinków) można obejrzeć w jeden wieczór.

The Stranger Things – zło  powraca w starym dobrym stylu

Z kontynuacją serialowych opowieści jest jak z porządnym polskim schabowym, najlepiej smakuje gdy przyrządzimy go na świeżo. W przypadku The Stranger Things 2 pozostały receptura i surowiec, reszta przyrządzona została na świeżo i wzbogacona kilkoma dodatkami.

Rok po wydarzeniach z pierwszego sezonu, zło z innego wymiaru znów pojawia się w Hawkins. Świadectwem tej obecności są wizje Willa, w których na niebie widać pajęczopodobny zarys konturów, a także jaszczurowate stworzenie znalezione przez Dustina, drugiego nastolatka. Okazuje się też, że Jedenastka przeżyła konfrontację kończącą pierwszy sezon i jest ukrywana przez jednego z bohaterów. Ponadto pojawiają się nowe postaci, jakże ważne dla przebiegu zdarzeń. Tak rozpoczyna się 9-odcinkowa opowieść o walce dobra ze złem, którą oceniam wyżej niż pierwszą część.

The Stranger Things 2 ­– dlaczego zachwyca

The Stranger Things jest horrorem, a więc powinno zachowywać konwencję gatunku. Tak jak w innych tego typu filmach, mamy potwory, opętania, tajemnicze moce, krwiożerczość i zagrożenie dla życia ludzkiego. Jednak The Duffer Brothers poszli o krok dalej niż inni reżyserzy. Zadbali by wymienione typowe elementy nie były pierwszymi skrzypcami w budowaniu napięcia. Strach wywoływany u odbiorcy serialu jest w umiejętny sposób dźwiękiem i pracą kamery. Wszelkie ryki, skrzypienia i stuknięcia pobudzają zmysły, a ukazanie rozszerzonych źrenic i otwartych ust, czy też gęsiej skórki wywołuje więcej paniki, niż tysiąc efektów specjalnych.

Drugim powodem mojego zachwytu jest budowa opowieści. Minął rok od przedstawionych w pierwszym sezonie wydarzeń, a to bardzo duży kawał czasu w życiu nastolatków. Widać to po bohaterach. Są o rok starsi, a więc poważniejsi, zaczynający dojrzewać, zmieniać się, tak jak otaczający ich świat. Na automatach króluje Dragon`s Lair, w kinach wyświetlana jest pierwsza  część Terminatora, na balu szkolnym puszczane są Every breath you take oraz Time after time, a jeden z bohaterów słucha The Four Horsemen, utworu  z pierwszego albumu Metalliki. Nowe czasy, nowa opowieść.

I to jaka! Miałem wrażenie, że mimo śledzenia kontynuacji zdarzeń przeżywam coś nowego.  Podobne uczucie towarzyszy mi gdy oglądam kolejną część Gwiezdnych wojen. Nawet finał, mimo podobieństwa do zakończenia pierwszej części, jest tak bardzo wyjątkowy.

The Stranger Things 2 ­– ocena

Zasłużona najwyższa dziesiątka. Serial budzi emocje, zmusza do „zarwania nocy”, by obejrzeć jeszcze jeden odcinek i dostarcza mnóstwo rozrywki. Dla niego warto wykupić miesięczny abonament na Netflixie, a ten do tanich nie należy.

Ocena: 10/10

The Stranger Things 2, reż. The Duffer Brothers, Netflix, 2017

Trzy powody dlaczego ponownie obejrzę film Valerian i Miasto Tysiąca Planet

Przed napisaniem tekstu przyjrzałem się wypowiedziom internautów oraz sprawdziłem kilka blogów z recenzjami Valeriana i Miasta Tysiąca Planet. Można podzielić je na dwa rodzaje: pozytywne oraz tradycyjne wylewanie pomyj. Do drugiej grupy należą najczęściej znawcy komiksu oraz eksperci ds. kinematografii – jestem miło zaskoczony ich wypowiedziami, bo kilku  opublikowało bardzo wartościowe teksty.

Mi osobiście film przypadł do gustu, oceniam go na mocne 8/10. Z Valerianem i Laureline miałem do czynienia niewiele, kiedyś wpadło w moje ręce kilka komiksów Pierre’a Christina i Jean-Claude’a Mézières’a, ale nie określam siebie mianem znawcy/fana serii.

Poniżej znajdują się trzy powody, dla których obejrzę ponownie Valeriana i Miasto Tysiąca Planet:

 

Valerian jest ucztą dla oczu

Powiedzmy sobie szczerze, wyszedłem z kina zachwycony. Luc Besson stworzył świat wypełniony po brzegi kosmitami i różniącymi się od siebie lokacjami. Film jest w każdym calu dopracowany pod względem wizualnym. Wiedząc na co stać artystę stwierdzam: z chęcią obejrzałbym Star Wars  w jego reżyserii – szczególnie, że komiksowe przygody Valeriana były inspiracją dla Gwiezdnych wojen, więcej o tym w artykule: http://bit.ly/2uTOZUz

 

Valerian z filmu jest inny.

To co przeszkadzało mi w latach 90 – wtedy spotkałem się po raz pierwszy dzięki magazynowi Komiks z Valerianem i Laureline – to zbyt długie kwestie dialogowe. W komiksie para i spotkane przez nią osoby bardzo dużo mówiły (na marginesie, to co mi przeszkadzało jako dziecku, teraz bardzo cenię). Idąc na Valeriana i Miasto Tysiąca Planet spodziewałem się bardzo rozwiniętych dialogów. Na szczęście nie było. Zamiast tego akcja filmu toczyła się w bardzo szybko, czasami wręcz pędziła, nie pozwalając mi na znudzenie. Bardzo fajne kino akcji.

Należy podkreślić, że Valerian i Miasto Tysiąca Planet nie jest adaptacją konkretnego tomu komiksu. To luźna wariacja pochodząca z bogatej wyobraźni Luca Bessona.

 

Wolę Valeriana i Laureline z filmu, niż z komiksu

Dane DeHaan jest rewelacyjnym aktorem. W Valerianie. jak zwykle, daje popis swoich umiejętności aktorskich i… wygląda o wiele lepiej niż postać narysowana przez Jean-Claude’a Mézières’a.

Natomiast Cara Delevingne, której grę pewien krytyk niesłusznie porównał do Groota ze Strażników Galaktyki, dorównuje kroku DeHaan`owi. Po obejrzeniu  Papierowych miast miałem o niej nie najlepsze przekonanie, przy Legionie samobójców zmieniłem je, by po obejrzeniu Valeriana i Miasta Tysiąca Planet stwierdzić: „jest ogromna nadzieja, bo aktorka, z filmu na film, gra co raz lepiej”.

Ocena: 8/10

Komiks dostępny jest tutaj:

Valerian i Miasto Tysiąca Planet, reż Luc Besson, 2017

BEST SCI FI – międzynarodowy przegląd kina science-fiction

Ależ wczoraj miałem filmową ucztę! Białostockie kino Forum zorganizowało BEST SCI FI – międzynarodowy przegląd kina science-fiction. W trakcie seansu zaprezentowano shorty  z Hiszpanii (najwięcej, bo aż 5 na 10), USA, Francji, Rosji oraz Izraela. Mega uczta dla wszystkich kochających gatunki science fiction”, a także…. fantasy.

Krótkometrażowe filmy reprezentujące z drugi z wymienionych gatunków najmniej przypadły mi do gustu. Mister Dentonn okazał się opowieścią zainspirowaną legendami o potworze czyhającym na śpiące niewinne dzieci, taki krótki Babadook. 9 minut nudy.

Ciemna syrena była trochę ciekawsza. Monolog krwiożerczej syreny żyjącej w kanałach, bardziej przypadł mi do gustu, gdyby nie przegadanie. Siedemnaście minut wydłużanej na siłę historii pozwala widzowi odpłynąć i powrócić, bez straty, że coś przeoczył.

Jednak to tylko dwa takie  filmy z całego zestawienia. W przypadku science-fiction organizator przygotował doskonałe  krótkometrażówki S-F. Najbardziej podobał mi się Magiczny ołówek. Perfekcyjnie opowiedziana historia o mocy wyobraźni, jednocześnie parodiująca spotkania motywacyjne w korporacjach. W przypadku tego filmu, chciałbym pogratulować osobie tłumaczącej tytuł i zadać jej pytanie: od kiedy pointles znaczy magiczny?

Drugi short, który wbił mnie w fotel swoja pomysłowością, a w pełnej sali wzbudził salwy śmiechu to Apolo 81. Opowieść dzieje się w barze. Do środka wchodzi mężczyzna rzuca kośćmi, siada do stolika, przy którym znajduje się już kobieta. Wyciągają karty i zaczyna się gra. Obowiązkowe „musisz zobaczyć” dla wszystkich miłośników gier planszowych i fabularnych.

Trzecim filmem, o  którym długo opowiadałem po seansie, była Julia. Jego inspiracją był Westworld (niedawno odtworzony przez J.J. Abramsa dla HBO). Tematem są androidy i ich miejsce w ludzkim świecie. To doskonałe 12 minut, podczas których widz śmieje się, wzrusza, a na koniec pozostaje z gęsią skórką z przerażenia. Po obejrzeniu tej krótkometrażówki pojawia się bardzo wiele zagadnień do przemyślenia. Gorąco polecam!

Ogólnie, jestem bardzo zadowolony z seansu. Dzięki spotkaniu zdobyłem wiele cennych inspiracji do własnej twórczości. Jak je wykorzystam? Sam jestem tego ciekaw. No i czekam na kolejne przeglądy w białostockim kinie Forum.

Oficjalna strona BEST SCI FI International Film Festival na FB: https://www.facebook.com/bestscifi/

Manchester by the Sea

Manchester by the Sea to film, który wyrywa z fotela widza na ponad dwie godziny. To bardzo dobry obraz, o czym świadczą wysokie oceny (w dniu pisania tekstu: Filmweb:8.3  IMDB: 8.4). Wcale nie zdziwię się jak opowieść Kennetha Lonergana zgarnie Oscara.

Jednak nie przeżyłem go tak bardzo emocjonalnie, jak inni widzowie na sali. A teraz dziwią się, że nie wzruszyłem się ani razu. Co mi nie przeszkadza nazwać Manchester by the Sea jednym z najważniejszych filmów minionych miesięcy.

Dużą rolę grają tu trzy czynniki  mocny scenariusz, sposób opowiedzenia historii oraz gra aktorska Casseya Afflecka.

Manchester by the Sea – tragedie z przeszłości i kłopoty z teraźniejszości

Film Kennetha Lonergana to opowieść o mężczyźnie, który wraca w rodzinne strony. Musi zaopiekować się po śmierci brata jego synem, który do grzecznych nie należy. W ten sposób bohater, grany przez Afflecka, zostaje niczym Hans Castorp, trochę dłużej w rodzinnych stronach. Nosi w sobie wspomnienie traumatycznego przeżycia, które w tym momencie atakuje go ze zdwojoną siłą.

Kenneth Lonergan napisał i wyreżyserował opowieść o ludzkiej tragedii oraz cierpieniu, które pożera i paraliżuje. Wszystko to wsadził w małomiasteczkowy klimat, opatrzył doskonałą muzyką i jeszcze lepszymi zdjęciami. Manchester by the Sea to film skrojony na miarę. Mimo poruszenia bardzo smutnego tematu, nostalgia nie wylewa się z ekranu w każdej scenie. Lonergan pozwala widzowi śmiać się, gniewać, a nawet bać się. Co więcej, reżyserowi udało się coś niesamowitego – połączył w opowieści dwie sprzeczności, monotonia przeplata się z nerwowością, dzięki czemu 2 godziny i 15 minut upływa niesamowicie szybko.

A do tego Cassey Affleck. Aktor udowadnia w filmie, że posiada talent  na miarę brata.Zasłużenie zgarnął za tę rolę Złotego Globa.

Manchester by the Sea – czy warto iść do kina?

Osoby nastawione na wartką akcję nie mają na co liczyć. Jednak te szukające mądrej historii o rodzinie, miłości, przyjaźni, osamotnieniu jednostki po traumatycznych przeżyciach muszą obejrzeć Manchester by the Sea.

To kawał dobrego filmu, o którym długo się myśli. Polecam!

Ocena: 9,5/10

Reż. Kenneth Lonergan, Manchester by the Sea, 2016

 

Midnight Special – Nocny uciekinier

midnight-specialNiestety, nie było mi pisanym obejrzenie Midnight Special  na dużym ekranie, bo film nie trafił do kin. Na szczęście znalazł się polski dystrybutor i dzieło Jeffa Nicholsa weszło na polski rynek na płytach DVD.

Fanom science-fiction film może wydawać się trochę nudny. Jednak widzowie rzadko oglądający tego typu rodzaj opowieści na pewno będą zadowoleni ze spędzenia przed ekranem ponad 112 minut. Moim zdaniem to kolejny udany film Nicholsa, jeszcze lepszy od Uciekiniera  oraz Loving.

Z ostatnim z wymienionych tytułów Midnight Special ma kilka wspólnych elementów. Pierwszym jest praca reżysera z tymi samymi specjalistami od zdjęć, muzyki, scenografii, produkcji, którzy czynią filmy Nicholsa tak wspaniałymi.  Drugim, na ekranie pojawiają się znów Michael Shannon, Joel Edgerton, Sam Shepard, David Jensen, Bill Camp, czy też Paul Sparks. Towarzyszą im Kristen Dunst, Adam Driver oraz Jaeden Lieberher.

Midnight Special – tajna sekta, super moce i FBI

Fenomenem filmu Jeffa Nicholsa jest to, że widz nie nudzi się na nim. Już od samego początku znajduje się w wirze wydarzeń – wszystkie wprowadzenia, zapoznania się z bohaterami reżyser uznał za zbyteczne– i trwa w nim do końca. Zmienia to scenariusz typowego filmu o dziecku z aktywnością psioniczną (gdzieś w sieci znalazłem trafne określenie Mindnight Special mianem E.T. dla dorosłych) w wartką opowieść, mającą swoje zakończenie dopiero w końcowych napisach.

Głównym wątkiem historii jest ucieczka dwóch mężczyzn z dzieckiem o nadprzyrodzonych zdolnościach przed członkami tajnej sekty oraz agentami rządowymi. W tle opowieści pojawiają się pewne dopowiedzenia, pozwalające zrozumieć kim są bohaterowie, dlaczego uciekają i kim właściwie jest chłopiec, który musi w dzień spać, a nocą podróżuje.

Do przyjemnych należy  gra reżysera z widzem na płaszczyźnie opowieści o mocy chłopca. Z jednej strony odbiorca odczuwa tajemniczość postaci i drzemiące w nim umiejętności. Co więcej z rozmów i zachowania wnioskuje, że dzieciak jest kimś innym, niż niezwykłym człowiekiem. Z drugiej, wszystkie działania młodzieńca (odtwarzanie przekazów radiowych czy też zniszczenie satelity) zostają przypisane tylko jego paranormalnym zdolnościom – agenci oraz pomagający dziecku dorośli widzą w nim człowieka. Czy jest nim do końca… o tym przekonają się widzowie.

Midnight Special – ocena

Ten film jest stworzony w taki sposób, że nie wywołuje ocen pośrednich. Po prostu, albo przypada do gustu, albo nie. Jednakże nie daje o sobie zapomnieć, jak wszystkie filmy Nicholsa.

Osobiście daję mu bardzo wysoką ocenę i dodaję 0,5 za grę Kristen Dunst (ostatnio wątpiłem w jej zdolności aktorskie, a tu takie mile zaskoczenie).

Moja ocena: 9,5/10

Jeff Nichols, Midnight special, 2016

 

Życie animowane – film o autyzmie

Życie animowane jest filmem wybitnym, zasługującym na ocenę 10/10. To pozycja obowiązkowa dla wszystkich. Osoby pracujące z dziećmi cierpiącymi na autyzm na pewno go już widziały. Dlatego propozycję obejrzenia filmu Rogera Rossa Williamsa kieruję do tych, które słysząc słowo „autyzm” dostają gęsiej skórki i są przerażone.

Zacznijmy od odpowiedzi na najprostsze pytanie:

Co to jest autyzm?

Jest to zespół zaburzeń interakcji społecznych i komunikacji. Najlepiej zobrazują tę krótką definicję słowa jednej z Bojowniczek z JoeMonstera. W TYM artykule opisuje swoje zmagania z autyzmem oraz wyjaśnia dlaczego autyzm nie jest chorobą.

W swoim życiu zawodowym mam zaszczyt pracować z osobami cierpiącymi na autyzm. Dlatego mogę śmiało dodać, że każdy przypadek jest inny. Tak samo jak każdy z nas jest indywidualną osobowością.

Życie animowane – kandydat do Oscara 2016

Świat dowiedział się kim jest Owen Suskind od jego ojca Rona – postaci nieznanej w Polsce, ale rozpoznawalnej w Stanach (pisał dla The Wall Street Journal, stworzył książki o administracji Busha i Obamy). Starszy Suskind w książce Life, Animated: A Story of Sidekicks, Heroes, and Autism opisał to co stało się z jego synem.

Owen do 3 roku życia rozwijał się tak jak każde dziecko. Później pojawił się autyzm. Dziecko zamknęło się samo w sobie, przestało się odzywać do swoich najbliższych. Zapewne tkwiło w tym milczeniu, we własnym świecie, do dziś, gdyby nie filmy Disneya.

Dzięki nim Owen rozpoczął komunikację ze światem. Najpierw zaczął mówić – używając dialogów z kreskówek. Później Król Lew, Aladyn, Bambi czy też Mala Syrenka pomogły mu w autotłumaczeniu świata oraz prostych relacji między ludzkich. Dziś Owen jest w pełni żyjącym człowiekiem, pracującym, kochającym i posiadającym własne hobby. I o tym jest właśnie Życie animowane.

Życie animowane – dokument, który wciska w fotel.

Dokument jest opowieścią o dzieciństwie Owena, dorastaniu, a kończy się jego wystąpieniem na konferencji we Francji poświęconej autyzmowi. To piękna opowieść, z doskonałym zakończeniem, którą obejrzę po raz drugi.

Moja ocena: 10/10

reż. Roger Ross Williams, Życie animowane, 2015

The Rolling Stones – Olé Olé Olé

ole-rolling-stonesThe Rolling Stones – Olé Olé Olé Paula Dugdalea to opowieść o koncertowej trasie Micka Jaggera z kolegami po Ameryce Południowej. Film podzielony jest na części – przystanki grupy w kolejnych miastach, które przeplatają się z przygotowaniami do najważniejszego występu. Tą perełką na „muzycznym torcie” jest darmowy koncert w Hawanie – bardzo ważny dla Stonesów, bo jeszcze niedawno na Kubie panował zakaz słuchania ich utworów.

Dlaczego warto zobaczyć The Rolling Stones – Olé Olé Olé

Każdy z przystanków zespołu The Rolling Stones to chwile, gdy muzycy widują się ze swoimi fanami, poznają lokalną kulturę, a także mają czas opowiedzieć o sobie samych, 55-letniej więzi przyjaźni oraz odnieść się do własnej twórczości. I chyba to właśnie jest najpiękniejsze w The Rolling Stones – Olé Olé Olé.

Ujmującym fragmentem filmu jest ten, gdy poruszony jest temat sławy, tego wielkiego fenomenu jakim cieszy się zespół. Jagger (jeżeli dobrze zapamiętałem) kwituje to słowami, że nie czuje owej wielkości, a występy to zwykła praca.

Jednak dla mieszkańców Ameryki Południowej, szczególnie w krajach objętych strasznym reżimem, muzyka Stonesów to symbol.  Ich twórczość to przede wszystkim ikona wolności, która została niedawno odzyskana. Tym samym muzycy są kimś więcej niż artystami.

The Rolling Stones – Olé Olé Olé – minusy

Idąc na film o trasie The Rolling Stones oczekiwałem na „mniejsze i większe” smaczki, nie tylko muzyczne. Co więcej,  nastawiałem się na treść z lekką otoczką z pogranicza skandalu i życia rock`n`rollowców.

Nadaremnie.

Jedyną kontrowersją jaką dostrzegłem, było przeciwstawienie się prośbie Papieża, który apelował o zmienienie daty występu (koncert w Hawanie odbył się w Wielki Piątek). Zabrakło mi ujęć z „wesołego życia” Keitha Richardsa, kontrowersyjnego zachowania fanów (przez cały film wszyscy grzecznie się bawią, a moment, gdy jedna z uczestniczek koncertu ściąga bluzkę jest w umiejętny sposób wyciszony) oraz pewnego wydarzenia, o którym było bardzo głośno w świecie muzyki. 11 lutego muzycy z The Rolling Stones otrzymali ochronę policji w Buenos Aires. Był to efekt strzelaniny, z lokalnym gangiem w której zginął jeden z ochroniarzy ekipy Jaggera.

Podsumowując, The Rolling Stones – Olé Olé Olé jest zbyt grzecznym filmem. Stąd oceniam go wysoko, bo miło spędziłem czas w kinie, ale za niedosyt odejmuję punkt.

Moja ocena: 7,5/10

The Rolling Stones – Olé Olé Olé, reż. Paul Dugdal, 2016

Suicide Squad – Legion samobójców

 

SuicideSuicide Squad właśnie wszedł na ekrany kin i od razu podzielił widzów. Z projekcji wychodzą oni zadowoleni albo narzekają na całego – ale decydują się na obejrzenie filmu(!); obsługa kina potwierdziła mi, że wieczorami mają pełne sale i jedynie wersja 3d nie cieszy się popularnością.

W pełni zgadzam się z krytycznymi głosami odnoszącymi się do tłumaczenia tytułu, kilku niedociągnięć w treści, czy też braku brutalności i morza krwi. Jednak z wczorajszego seansu wyszedłem usatysfakcjonowany. Świetnie bawiłem się na Suicide Squad i z chęcią powrócę do filmu o czarnych charakterach DC. Dlaczego? Poniżej znajdują się trzy powody.

Suicide Squad –  lekka opowieść

To jest kino rozrywkowe. Dlatego chaos towarzyszy produkcji od początku do końca. Dużo akcji, kolorów, wybuchów, sporo kiczu, trochę śmiesznych scen i jedna wielka, prościusieńka linia fabularna. Jednak jako całość urzeka, odrywa od rzeczywistości i pozwala wypocząć.

Co ważne, Suicide Squad jest dowodem, że czasami filmy pozbawione warstwy intelektualnej są naprawdę warte obejrzenia.

Suicide Squad – bohaterowie

W zasadzie z opowieści o najgorszych z najgorszych wybijają się dwie postaci – Deadshot grany przez Willa Smitha i Harley Quinn, w którą wciela się Margot Robbie. Wydaje się, że reszta bandziorów gra drugoplanowe role. Owo wyróżnienie płynie z tego, Deadshot i Harley są bardzo rozbudowanymi postaciami, a o reszcie mało się dowiadujemy – a szkoda, bo Killer Croc jest bardzo ciekawą postacią z niezłą przeszłością (i w komiksie mówi o wiele więcej niż w filmie).

Zostaje jeszcze postać Jokera, której śmiało mógłbym poświęcić oddzielny punkt. Jest go bardzo niewiele w Suicide Squad. Też czuję niedosyt – po tym co widziałem w zapowiedziach filmu. Jednak widzę w tym dawkowaniu świetny trik marketingowy, który napędza widzów. Wcielający się w postać Jaret Leto spełnił swoją rolę. Pokazanie go w trailerach wzbudziło uwagę i zainteresowanie, po seansie odbiorcy czują niedosyt, ale też i pożądanie, czym dają otwartą rękę twórcom do działania i umieszczania postaci Jokera w innych produkcjach. Czy mam rację? Wystarczy tylko spojrzeć na komentarze internautów w sieci, liczących na to, że w kolejnych filmach będzie znacznie więcej scen z najpopularniejszym wrogiem Batmana.

Suicie Squad – ścieżka dźwiękowa

Muzyka jest rewelacyjnie dobrana do filmu. Tworzy klimat i wprowadza widza najpierw do świata bohaterów, a później przeprowadza przez poszczególne ich perypetie. Do sprawdzenia:

Suicide Squad – dla kogo film i ocena.

Oficjalnie Suicide Squad jest dozwolony od 12 lat. Myślę, że jest to odpowiedni wiek, choć wolałbym by pojawiło się w dziele więcej brutalności, a tym samym wzrosłaby kategoria wiekowa.

Jednak dystrybutor filmu w Polsce pokusił się o wersję z dubbingiem. A co za tym idzie na Suicide Squad wybiorą się rodzice z młodszymi dziećmi(no chyba, że poziom edukacji spadł na tyle, że 12-latkowie nie potrafią czytać).  I temu jestem przeciwny. Definitywnie, to nie jest film dla najmłodszych.

Moja ocena: 8/10

Suicide Squad, reż. David Ayer, 2016

Stranger Things – powrót do lat 80

Serial Stranger Things, jeśli spojrzeć na opinie krążące w sieci, jest jak butelka znakomitego wina. Najczęściej spragniony dobrej opowieści widz za jednym podejściem ogląda cztery pierwsze odcinki, by potem powoli delektować się drugą połową. Osiem części noszących miano rozdziałów, wbija w fotel i wrzuca w magiczny wir wspomnień lat 80-tych.

Stranger Things–  a imię jej Jedenaście

W pierwszym rozdziale znika chłopiec. Po dziesięciu godzinach grania w Dungeons & Dragons opuszcza dom przyjaciela, w lesie dostrzega „coś”, ucieka, dociera do swojego domu i coś z nim się dzieje. Ruszają poszukiwania. W tym samym czasie pojawia się w miejscowości dziewczynka z ogoloną głową, zaprzyjaźnia się z kolegami zaginionego  i każe nazywać siebie Jedenastką, od wytatuowanej cyfry na nadgarstku.

Z odcinka na odcinek sytuacja gmatwa się co raz bardziej. Dziewczynka ujawnia swoje moce telekinetyczne, pojawia się potwór i organizacja, w której siedzibie jest coś tak dziwnego na ścianie, że trzeba tam wchodzić w kombinezonie przypiętym do stalowej liny.

Stranger Things – powrót do lat 80

Serial zbiera mnóstwo pochwał i wysokich ocen. Zasłużenie, bo jest doskonały w każdym ujęciu.  Moim zdaniem to najlepsza produkcja Netflixu.

Mimo oklepanej historii wszystko jest opowiedziane w doskonały sposób, z nawiązaniem do lat `80. Nie tylko akcja dzieje się w tym czasie, ale też linia opowieści nawiązuje do tego jak wtedy pisało się książki i tworzyło filmowe hity. Podobnie jest z pracą kamery i ścieżką dźwiękową.

Stranger Things to duży ukłon do twórczości Kinga, Spielberga, ale też konkretnych dzieł. Obok wspomnianego Dungeons & Dragons, pojawiają się plakaty filmowe Szczęk oraz Coś (The Thing), a miłośnicy filmów z końca ubiegłego wieku szybko dostrzegą w poszukiwaniach zaginionego chłopca nawiązania do Obcego, ET, czy Goonies.

W chwili publikacji tego tekstu serial ma  na Filmwebie ocenę 8,5 a na IMDB 9,2. To mówi samo za siebie.

Ocena: 10/10

The Stranger Things, reż. The Duffer Brothers, Netflix, 2016