Nieznana terrorystka

Jak ja czekałem na tę książkę! Nieznana terrorystka Richarda Flanagana jest już dostępna w polskich księgarniach. Tak samo porywa jak Klaśnięcie jednej dłoni, tak samo ma w sobie ciężki klimat jak Księga ryb Williama Goulda oraz Śmierć przewodnika rzecznego. I jakże jest aktualna, mimo, że od premiery w Australii minęło już 12 lat.

W dobie fake newsów, rządnych sławy dziennikarzyn bijących się o temat oraz niezdolnego do samodzielnego myślenia społeczeństwa, Nieznaną terrorystkę traktuję z jednej strony jako satyrę, z drugiej jako paradokument opisujący naszą codzienność.

Nieznana terrorystka – tancerka erotyczna czarną wdową

26-letnia Doll, tak naprawdę Gina Davies, westie (osoba z małej miejscowości), postanowiła spełnić swój sen, uciekła do Sidney. Szybko zrozumiała, jak wiele różni jej marzenia od realnego życia w dużym mieście.

Na szczęście trudne momenty odejdą w niepamięć. Doll pracując jako tancerka erotyczna zarobi określoną sumę pieniędzy, dołoży ją do pokaźnej sumy banknotów, którą przechowuje w domu i z tymi oszczędnościami zacznie nowe życie. Bez poniżania, bez gangsterskiego półświatka, bez nerwów.

Doll, na kilka dni przed odejściem z erotycznej branży, udaje się z przyjaciółką i jej synem na plażę. Tam poznaje Tariqa, obcokrajowca z krajów arabskich, który ratuje życie topiącego się dziecka. Mimo, że Gina nie zostawia przystojniakowi kontaktu, wpadają na siebie wieczorem. Niczego nieświadoma kobieta spędza noc z nieznajomym. Jest nim zachwycona. Aż do wschodu słońca.

Nad ranem budzi się w pustym łóżku. A kilka godzin później dowiaduje się, że jest poszukiwana jako współuczestniczka niedoszłego zamachu terrorystycznego. Uczynienie ją podejrzaną jest dziełem miernego dziennikarzyny, który tracąc zawodowy grunt pod nogami, tworzy fake newsa.

Jak skończy się ta opowieść, spojleruję, niezbyt wesoło. To jest powieść Richarda Flanagana, a ten jest mistrzem w opisywaniu ciężkiego, gnostycznego świata, w którym tylko nieliczni mają szansę na godne życie.

Nieznana terrorystka – wymowa powieści Flanagana

Tak jak pisałem, powieść odbieram jako coś więcej niż satyrę. Widziałem od podstaw pracę przedstawicieli mediów, dosłownie taką jaką opisuje autor. Codziennie, podobnie jak czytelnicy tego bloga, zalewa mnie fala fake newsów. No i jestem wciąż straszony przez media: terroryzmem, uchodźcami, krwiożerczą UE, czy też zagrożeniem od strony wschodnich i zachodnich sąsiadów Polski. Owe mijanie się z prawdą jest głównym motywem opowieści.

Flanagan pisząc powieść Nieznana terrorystka nie tylko podjął się tematu wpływu mediów na myślenie społeczeństwa. Zwraca też uwagę czytelnika, na to jak wygląda jego codzienne życie. Zaczyna opowieść od wymownych słów o miłości Jezusa, świecie widzianym przez Nietzschego i nokturnach Chopina, które pięknie sumuje stwierdzeniem:  Rzeczywistości nigdy nie tworzyli realiści, tylko marzyciele. Na dalszych kartach autor zmusza odbiorcę do spojrzenia, jak daleko zeszliśmy w złą stronę, stając się dla siebie wrogami, bezmózgą bandą egoistów, podatną na każde słowo, tylko by pozostać w swojej strefie komfortu.

Nieznana terrorystka – budowa utworu

Podobnie jak w innych powieściach Flanagana, mamy mistrzowsko zbudowaną bohaterkę. Czytelnik od samego początku jest przekonany, że o Doll wie wszystko. Tymczasem co chwila autor podsuwa mu kolejne informacje, które mącą posiadaną wiedzę i wywołują serię pytań. Gina Davies raz okazuje się postacią negatywną, by za chwilę zyskać sympatyczność, a za drugim razem wzbudza litość.

Warto zwrócić uwagę na filmową budowę utworu. Akcja rozgrywa się w ciągu trzech dni, a język powieści przypomina opisy filmowych scen, bynajmniej nie oscarowych dzieł, ale kina klasy B, a nawet C – nadających się idealnie do opisu świata tancerki erotycznej.

Nieznana terrorystka – ocena

Nie polecam Nieznanej terrorystki osobom szukającym lekkiej lektury. Flanagan to nie Kalicińska. W jego książkach musi być sporo brutalności, bohaterów przezywających traumę i wszechobecna gnoza.

Powieść skierowana jest do osób kochających myśleć przy lekturze, stawiać pytania i szukać na nie odpowiedzi. A także tych oczekujących przeżycia swoistego katharsis. Wymienione dwie grupy będą zadowolone z sięgnięcia po powieść Nieznana terrorystka.

Ocena:10/10

Richard Flanagan, Nieznana terrorystka, Wydawnictwo Literackie, 2018

Dziękuję Wydawnictwo Literackiemu za podesłanie książki





Altered Carbon – cyberpunk od Netflixa

Altered Carbon – dlaczego twórcy nie przetłumaczyli tytułu na nasz język, skoro w Polsce funkcjonuje od kilku lat książkowy Modyfikowany węgiel? Nie mam pojęcia. Tłumaczenie, że „węgiel” będzie kojarzył się z typem skały, a nie pierwiastkiem z grupy niemetali, jest, napiszę to szczerze, bezsensowne. Tyle z uszczypliwości, teraz o serialu.

Jest znakomity! 2 tygodnie po obejrzeniu wszystkich odcinków Altered Carbon na Netflixie, ponownie do niego wróciłem. Polecam go każdemu – rodzinie, przyjaciołom i ich znajomym, studentom i uczestnikom szkoleń, a dziś czytelnikom tego bloga.

Altered Carbon – zmieniaj ciało, zostań sobą

Zanim przejdę do treści, kilka słów o futurystycznym świecie, w którym rozgrywa się Altered Carbon. Punktem zwrotnym w dziejach ludzkości było wynalezienie stosów korowych. To takie chipy montowane w kręgach szyjnych, które, dopóki nie zostaną uszkodzone, zapisują ludzką świadomość. Mini czarne skrzynki przyczyniły się do wydłużenia życia ludzkiego. Jeżeli ciało jest zniszczone, wystarczy tylko wyjąć stos i włożyć do nowej powłoki. Problemem są tylko ceny, na najlepsze ciała stać tylko, najbogatszych ludzi, Matów

Altered Carbon nie byłby mega-porządnym  cyberpunkiem, jeżeli nie byłoby w nim wirtualnej rzeczywistości. Służy ona między innymi do torturowania – można zadawać przesłuchiwanemu nawet zabijający ból, by przywrócić go za chwilę do żywych, nie uszkadzając ciała. Można też w wirtualnej rzeczywistości ukryć swoją świadomość, można też wykorzystać do rozrywki, zaspokojenia swoich najciemniejszych pragnień. Wszystko to wspomagane jest sztuczną inteligencją.

Ostatnią ważną kwestią są Emisariusze. Grupa ta została założona i dowodzona przez odkrywczynię stosów korowych, która próbowała naprawić swój błąd – przekazanie technologii ludzkości. Rozpoczynając Altered Carbon widz dowiaduje się, że prawie wszyscy emisariusze zginęli. Prawie, bo pozostał Kovacs.

Altered Carbon – zlecenie od zabitego, to brzmi całkiem niebezpiecznie

Takeshi Kovacs, w tej roli znakomity Joel Kinnaman, zostaje wybudzony w wiezieniu, jego stos znajduje się w innej powłoce, a umysł reaguje na powrót bardzo agresywnie – co jest efektem śmiertelnego postrzału w walce z policją, 250 lat wcześniej. Po wyjściu na zewnątrz trafia do jednego z najbogatszych ludzi na świecie, Laurensa Bancrofta, wciela się w niego James Purefoy. To on przywrócił do żywych bohatera, by zlecić rozwiązanie sprawy swojego zabójstwa. Dla zwykłego śmiertelnika rodzaj śmierci Bancrofta byłby ostateczny, stos został uszkodzony. Jednak bogacz mógł sobie pozwolić na zdalną kopię zapasową świadomości. Dziwnym w tej sprawie jest to, że zgon nastąpił kilka minut przed wysłaniem danych na serwer.

Od początku Kovacsowi i sprawie miliardera przygląda się policjantka, grana przez Kristinę Ortega. Szybko okazuje się, że ze śledztwem i pojawieniem się po 250 latach emisariusza łączy ją coś więcej niż detektywistyczne śledztwo.

Tak właśnie zaczyna się 10-odcinkowa przygoda, przez którą chodziłem kilka dni niewyspany, a po zakończeniu zakupiłem książkę Richarda Morgana. Czy warto ją obejrzeć? Odpowiedź jest dwuznaczna.

Jeżeli chcesz przeczytać książkę, zanim obejrzysz serial, kupisz ją tutaj:

Altered Carbon – ocena

Nigdy nie określałem siebie mianem miłośnika cyberpunku. Jednak literacko-filmowy rachunek sumienia, sporządzony po obejrzeniu Altered Carbon, uświadomił mnie, że od dawna kocham ów gatunek science-fiction. Uwielbiam  dwie części Blade Runnera, Pamięć absolutną, anime Ghost In the Shell oraz Akirę, książki Philipa K. Dicka. Serial Altered Carbon dołączam do tego kanonu. Jest tak samo niezły jak wymienione pozycje. Polecam wszystkim miłośnikom opowieści o przyszłości.

Jeżeli jednak nie lubisz futurologicznych historii, możesz potraktować Altered Carbon  jako film kryminalny. Co ważne, bez potworów i różnej maści stworów jak w Gwiezdnych wojnach – wspominam o tym, bo kilku moich rozmówców miało zastrzeżenie, że nie obejrzą produkcji Netflixa, jeśli jest podobna do Star Wars.

Serial Altered Carbon jest bardzo brutalny. Dlatego nie polecam go osobom o słabych nerwach oraz młodszym widzom. Netflix przydzielił Altered Carbon kategorię wiekową +16, moim zdaniem słusznie.

Kończąc wpis, postawiłbym Altered Carbon  najwyższą notę, gdyby nie siódmy odcinek. Nie przeczę, że nie był potrzebny, bo wyjaśnia wiele z przeszłości Takeshi Kovacsa. Jednak ten ponad godzinny „gniot” bardzo mnie znużył. To można było opowiedzieć w kilkanaście minut. Dlatego zabieram Altered Carbon  pół punktu.

Ocena: 9,5/10

Altered Carbon, twórca serialu: Laeta Kalogridis, Netflix, 2018




 

Broń matematycznej zagłady

Wydawnictwo PWN podesłało do mnie Broń matematycznej zagłady kilka miesięcy temu. Książkę skończyłem czytać w grudniu. Co sprawiło, że dopiero teraz (za trzy dni rozpocznie się marzec) publikuję tekst o niej? Odpowiedź jest prosta. Nie, nie zapomniałem o niej, ale musiałem ochłonąć po lekturze.

To jest jedna z najmocniejszych książek non/fiction jakie czytałem!

Wywołuje dreszcze, lepsze niż lektura horrorów, otwiera oczy na „pewne elementy życia”, a także każe myśleć i weryfikować działania i codzienne decyzje. Polecam ją wszystkim myślącym czytelnikom.

Broń matematycznej zagłady – Big data rządzi

Niesamowita liczba osób żyjących na świecie, które mają swoje codzienne potrzeby – kupują, studiują, pracują, realizują swoje małe i wielkie marzenia, zmusza firmy oraz instytucje do unifikacji procesów „załatwienia potrzeb” potencjalnego Jana Kowalskiego. Bowiem, indywidualna obsługa wniosku kredytowego czy ocena każdego pracownika lub kandydata na studia stają się niemożliwe do zrealizowania. W tym celu owe firmy i instytucje sięgają po algorytmy, mające wspomóc ich pracę. Tym samym uruchamiają Broń Matematycznej Zagłady (inaczej Broń Matematycznego Rażenia).

Narzędzia pozwalające na określenie konkretnego wyniku, w których zostały ukryte algorytmy, są pisane dla ludzi przez ludzi. A więc kreują świat wedle przekonań autorów(choć bardziej pasuje tu piękne słowo widzimisię), bez pełnej obiektywności. W ten sposób ukryty w narzędziu algorytm wpływa na pogrążenie ubogich przez para banki, a osoby z gorszym wykształceniem kończą mniej prestiżowe uczelnie. Co więcej, wszyscy jesteśmy oszukiwani i wykorzystywani idąc do restauracji, zaglądając do sieci, czy też uczestnicząc w wyborach.

Cathy O’Neil , autorka książki Broń Matematycznej Zagłady, przestrzega czytelników przed złymi algorytmami, ale też mówi o potrzebie stosowania tych dobrych. Od nich bowiem zależy funkcjonowanie naszego świata. A co do złych, można je pokonać, złamać – wiedząc jak działają i w jakim celu zostały umieszczone w poszczególnych narzędziach. Wtedy tracą swoje cechy: nieprzejrzystość, skalę i szkodliwość.

Broń matematycznej zagłady –  nie tylko dla analityków danych

Zachęcam do sięgnięcia po Broń matematycznej zagłady osoby, które nie mają nic wspólnego z analizą danych. O`Neil w zrozumiały sposób wytłumaczy im, dlaczego matematyka ma tak wielki wpływ na nierówności w społeczeństwach, naszą demokrację i różne procesy, w których uczestniczymy każdego dnia, od chwili gdy wstajemy z łóżka.

To jest kolejna pozycja przybliżająca zwykłym śmiertelnikom rozległy świat nauki ścisłej. Jednak książki nie poleciłbym młodzieży. Myślę, że idealnym odbiorcą jest osoba, która ukończyła 25 rok życia, zaczyna żyć samodzielnie i (prawdopodobnie) natknęła się na działanie Broni matematycznej zagłady.

Dodam jeszcze żartobliwie, książka O`Neil jest alternatywą dla osób stroniących od książkowych horrorów, ale spragnionych ciarek na plecach. Przy Broni matematycznej zagłady nieźle się przestraszą.

Ocena: 8,5/10

Cathy O’Neil, Broni matematycznej zagłady, PWN, 2017

Dziękuję Wydawnictwu PWN za podesłanie książki

Babylon Berlin

Jak wyprodukować mistrzowski kryminał? Wystarczy skopiować wszystkie elementy z serialu Babylon Berlin. Serial zadebiutował na niemieckim Sky 1.W Polsce pod koniec ubiegłego roku HBO wyemitowało dwa sezony, jeden po drugim,  bez zachowania odstępu czasowego. Nie bez przyczyny, oba łączy przepiękna klamra zamykająca, w której skład wchodzą pierwsza scena pierwszego odcinka i ostatnia ostatniego.

Babylon Berlin – Berlin z XX-lecia

Do przedwojennego Berlina przybywa z Kolonii Gereon Rath. Jest synem szefa policji z ostatniego z wymienionych miast, który powierza mu tajną misje w Berlinie. Zadanie nie jest łatwe, Rath musi odnaleźć i zniszczyć film kompromitujący pewnego polityka. Na kliszy utrwalone są intymne, niegrzeczne zabawy owego męża stanu. Rath zagłębia się w światy berlińskiej branży porno, poważnej gangsterki oraz lokalnego półświatka.

W tym samym czasie do Berlina przybywa pociąg z wagonem pełnym złota. Bogactwo ma zostać przesłane do Trockiego, w celu wspomożenia go w walce ze Stalinem. Im więcej osób wie o tym ładunku, tym więcej ginie. Zaczyna się walka wywiadów, która wciąga do siebie  Gereona Ratha i jego przyjaciół.

Opowieść ma jeszcze kilka istotnych wątków. Wymienione powyżej to dwa najważniejsze. Specjalnie nie zdradzam reszty, bo ich rozwój, narastający od błahostki do pokaźnych rozmiarów, był dla mnie niespodzianką. Co z tym związane, w trakcie oglądania 16 odcinków kilkukrotnie narzekałem, że „czegoś nie ma ”, by po chwili odwoływać wypowiedziane słowa. Wszystko zostało zaplanowane szczegółowo przez twórców.

Babylon Berlin – Tykwer i spółka

Mówiąc o twórcach należy zacząć od pisarza Volkera Kutschea. To właśnie on wymyślił postać Gereona Ratha, opisując go w książkach. Czy pierwowzór z kart powieści jest tak samo rewelacyjny jak w filmie? Mam nadzieję, że tak. Nie czytałem powieści niemieckiego autora, bo nie zostały  przetłumaczone na język polski. Mam nadzieję, że to wkrótce się zmieni.

Za ekranizację odpowiadają mistrzowie filmu Tom Tykwer, Achim von Borries oraz Hendrik Handloegte. Trójka zajęła się reżyserią oraz stworzeniem scenariusza. W ostatnim działaniu wspomógł ich Kutsche. Za zdjęcia odpowiada współpracujący od dawna z Tykwerem, Frank Griebe. Główne role otrzymali Volker Bruchn, Liv Lisa Fries, Peter Kurth, czyli aktorzy rozpoznawalni w Niemczech oraz za granicami kraju.

O ścieżkę dźwiękową zadbał sam Tykwer, a wspomógł go Johnny Klime. Dwóm sezonom towarzyszy poniższa piosenka, której muzyka oraz słowa idealnie pasują do klimatu filmu:

Zebranie takiego zespołu uczyniłoby Babylon Berlin ciekawym serialem. Jednak to było za mało dla producentów. Produkcja dostała ogromne pieniądze, by widz poczuł się jak w Berlinie z lat dwudziestych ubiegłego wieku– miejscu wyjątkowym, gdzie powojenna bieda jednych łączy się z przepychem i bogactwem drugich, a przegrana wojna ciąży niemieckim patriotom. Tym samym serial stał się najdroższym w historii niemieckiej telewizji. Opłacało się! Babylon Berlin to serial arcyrewelacyjny.

Babylon Berlin – ocena

Babylon Berlin – tu wszystko gra i zachwyca. Scenariusz, ujęcia kamery, gra aktorska, muzyka. Serial udowadnia, że można tworzyć dobre seriale z historią w tle, wystarczy tylko przyłożyć się do nich. Jako miłośnik innej produkcji HBO: Gry o tron, stawiam Babylon Berlin na równi, śmiało daję najwyższą ocenę, czekam na wydanie książek o Rathu w języku polskim i ekranizację kolejnych powieści Volkera Kutschea.

Ocena: 10/10

Babylon Berlin, reż. Tom Tykwer, Achim von Borries, Hendrik Handloegte, 2017

Zadra

Zadra Krzysztofa Piskorskiego jest książką dobrą. Na pewno nie tak wspaniałą jak Czterdzieści i cztery, o której pisałem tutaj, którą reklamuję każdemu, którą kupiłem na kilka prezentów, którą uważam za jedną z najlepszych powieści S-F. Jednak ma w sobie to coś, co kilka lat temu pchnęło powieść w kierunku nominacji do nagrody im. Janusza A. Zajdla (i zdobycia Złotego Wyróżnienia nagrody im. Jerzego Żuławskiego).

Wznowiona przez Wydawnictwo Literackie opowieść o losach Stanisława Tyca, Maurice’a Dalmonta i jego siostry Natalie to obowiązkowa pozycja do przeczytania dla wszystkich miłośników Czterdzieści i cztery. Bowiem Zadra jest powieścią dziejącą się w tym samym uniwersum. Opisującym początki zabawy z etherem.

Zadra – bo trzeba mieć talent, by napisać taką historię

Zaczyna się od sceny w więzieniu, gdzie Maurice’a Dalmonta, naukowiec zajmujący się eterem spotyka się z siostrą, która ma plan na wyrwanie brata z objęć śmierci. Może nie jest to katastrofa od jakiej zalecał rozpoczęcie Hitchcock, jednak strona po stronie jest o wiele lepiej.

Żywe trupy, równoległe światy, political fiction i mnóstwo steampunku, to powinno wystarczyć dla miłośników fantastyki. Jednak tego  bloga czytają też osoby uważające, że gatunki literackie sięgające do najgłębszych pokładów wyobraźni autorów są nie warte uwagi. Dlatego do nich kieruję rekomendację, jeżeli lubicie wyśmienite powieści przygodowe, Zadra  jest napisana specjalnie dla was. To co „fantastyczne”, fantastycznym, ale powieść Piskorskiego to kawał dobrej historii, wypełnionej akcją i licznymi bohaterami. Nie ma w niej ani jednej strony wiejącej nudą, cały czas coś się dzieje.

Steampunk, czyli te wszystkie niesamowite maszyny parowe, wynalazki oraz bronie, wsadzony (w przypadku Zadry) do epoki napoleońskiej, tworzy niepowtarzalny klimat. Swojski, bo jednym z bohaterów jest Polak, a i jest mowa o walkach wyzwoleńczych. Piskorski potrafi zbudować niesamowite maszyny, łączyć je z przebiegiem akcji i robi to w naprawdę oryginalny sposób. Również i to może spodobać się czytelnikom stroniącym od tematów science fiction.

Zadra a Czterdzieści i cztery

Jak wcześniej napisałem, Zadra nie wywołała we nie takiego entuzjazmu jak Czterdzieści i cztery. W porównaniu pod względem snucia opowieści, drugi tytuł wypada korzystniej. Moim zdaniem, jest w nim o wiele ciekawsza narracja.

Jednak nie ma co się dziwić. Czterdzieści i cztery jest książką o wiele młodszą, a to tylko pozytywnie świadczy o autorze. Krzysztof Piskorski z książki na książkę staje się coraz lepszym pisarzem. Potrafił zasiąść do pisania, sięgnąć po świat przedstawiony w Zadrze i wzbogacić go tak, by wyszło arcydzieło. A to jest sztuka!

Zadra – od Wydawnictwa Literackiego

Ważna informacja, Zadra nie jest nowością na rynku. Na rynku ukazała się w postaci dwutomowego wydania dzięki Agencji Wydawniczej Runa. Za niecały miesiąc (gdy piszę ten tekst) pojawi się wznowienie powieści. Krzysztof Piskorki wraz z Wydawnictwem Literackim zespolił owe dwa tomy i naniósł trochę zmian. Kto nie czytał lub chce sobie przypomnieć, może zakupić książkę poniżej.

Ocena: 8,0

Krzysztof Piskorski, Zadra, Wydawnictwo Literackie, 2018

Dziękuję Wydawnictwu Literackiemu za podesłanie książki

Dark – nie ważne gdzie zabija, tylko kiedy

DarkW 2017 powstały za naszą zachodnią granicą dwie produkcje, które bardzo wzbudziły moje zainteresowanie – Dark oraz Babylon Berlin. Obie pokazują, że niemieccy twórcy potrafią opowiadać najlepszej jakości opowieści.

Dark obejrzałem zachęcony reklamą, zapowiadającą niemieckie Stranger things. Cieszę się, że zostałem wprowadzony w błąd, bo z czołową amerykańską produkcją Netfixa ma on niewiele wspólnego.

Dark – upiory z przeszłości, zniknięcia i niemiecka jaskinia

W zasadzie Dark ze Stranger Things ma tylko trzy wspólne elementy: akcja dzieje się w latach osiemdziesiątych, pojawiają się tajemnicze zniknięcia postaci, a do ich poszukiwań przystępują młodzi i starsi wiekiem bohaterowie. Reszta jest zupełnie odmienna, mroczniejsza i skierowana do węższego grona odbiorców.

Bowiem Dark jest serialem bardziej skomplikowanym, wymagającym od widza myślenia, rozwiązywania łatwiejszych oraz trudniejszych zagadek. Co ważne, to nie jest horror, ale thriller. Stąd widzowie liczący na potwory i krwawe pojedynki z nimi mogą odpuścić sobie serial.

Dark sprawi dużo przyjemności miłośnikom podróży w czasie. Już od pierwszego odcinka, rozpoczynającego się od słów Alberta Einsteina: różni­ca między przeszłością, te­raźniej­szością i przyszłością jest tyl­ko upar­cie obecną iluzją, zaczyna się zabawa z biegiem akcji. By nie zdradzać szczegółów, przytoczony cytat jest bardzo znaczący dla 10-odcinkowego sezonu pierwszego.

Wspomniane lata osiemdziesiąte są elementem fabuły, a nie jak w przypadku Stranger things hołdem złożonym sielskości tamtych czasów. To w tym czasie nastąpiło pierwsze zaginięcie w rodzinie Ulricha Nielsena, co ma znaczący skutek na to, co stanie się w przyszłości, w tym jest powiązane ze zniknięciem chłopca w 2019 roku oraz pewną jaskinią.

Wraz z kolejny tajemniczym porwaniem wszystkie sprawy, które miały nie ujrzeć światła dziennego wracają z podwojoną siłą. W taki sposób ciche i spokojne życie w niemieckim Winden staje się nieprzyjemne, a nawet groźne.

Więcej nie mogę napisać, bo pojawiłyby się spoilery i zniszczyłbym przyjemność oglądania osobom nie znającym jeszcze Dark. A warto, mimo minusów!

Dark – minusy

O tym, że Niemcy mają problem ze swoją przeszłością i tożsamością widoczne jest to, co jakiś czas, w sztuce.

W Dark nie doświadczymy znamion zakończenia II Wojny Światowej. Lata 50-te oraz 1986 rok, to czysta sielanka, bez śladów istnienia podziału na NRD i RFN, bez politycznej zawieruchy. Jedynie mowa tu o Czarnobylu.

Podobnie jest w 2019 roku. Jak wiemy niemieckie społeczeństwo jest obecnie wielokulturowe. W Dark zapomniano o tym, pokazując tylko białych mężczyzn i kobiety. No dobra, jest jedna rodzina o czeczeńskich korzeniach, ale wciąż brakuje przedstawicieli innych nacji o różnym kolorze skóry, którzy są tak widoczni zza zachodnią granicą.

Dark OST

Na oddzielą uwagę zasługuje ścieżka dźwiękowa, którą można znaleźć klikając w ten link. Myślę, że przypadnie wielu gustom.

Dark – podsumowanie

Ostatnia uwaga odnosi się do wieku i sposobu oglądania. Dark adresowany jest do osób w wielu 16+. Z chęcią dodam do wyznacznika dojrzałości, oczytanie. Miłośnicy powieści Philipa K. Dicka, Janusza A. Zajdla, czy też znielubionego przeze mnie Stephena Kinga, znajdą coś dla siebie.

Serial należy oglądać w całości lub w szybkich dawkach. Spowolnienie odbioru przyczyni się do zagubienia się w treści oraz tożsamości bohaterów.

Tyle o Dark, a wspomniane Babilon Berlin przedstawię wkrótce.

Moja ocena: 9,5/10

Dark, reż. Baran bo Odar, Netflix, 2017

 

Szpony i kły – opowiadania z uniwersum Wiedźmina

Szpony i kły leżały na moim biurku już trzy dni przed premierą. Na początku lektury  myślałem, że złapałem boga literatury za nogi. Podekscytowany słowem od Andrzeja Sapkowskiego oraz przedmową Marcina Zwierzchowskiego delektowałem się opowiadaniami. Dawkowałem sobie książkę, by dłużej cieszyć się przyjemnością przebywania w świecie Białego Wilka.  Następnie stało się coś dziwnego, opowiadania przestały się mi podobać i musiałem zrobić od nich przerwę.

Szpony i kły skończyłem pod koniec listopada. Zabrałem się do pisania wpisu o książce, lecz nie ukończyłem go. Postanowiłem jeszcze dokładniej przyjrzeć się tekstom, dociekając dlaczego opowieści zaczęły mnie po pewnym czasie nużyć. Już to wiem, a odpowiedź znajduje się w tekście.

Szpony i kły – fan fiction

Opowiadania wchodzące w skład zbioru to teksty wyłonione podczas konkursu zorganizowanego przez „Nową Fantastykę”.  Ich bohaterami są Geralt, Jaskier, Lambert i inne postaci z opowiadań oraz sagi, jak też te powołane do życia przez fanów Sapkowskiego.

Nie przepadam za literaturą fan fiction. Ukraińskim i rosyjskim Opowieściom ze świata Wiedźmina nie dałem ani jednej szansy. Szponom i kłom  postanowiłem ją podarować. Przecież to opowiadania konkursowe, pod którymi podpisał się sam Andrzej Sapkowski. Na początku zyskały moją przychylność. Jednak co za dużo, to nie zdrowo – świadomość, że czytam fanowskie wizje na pewno wpłynęła na końcową ocenę książki.

Oczywiście, kilka tekstów jest bardzo ciekawych. Przede wszystkim moje zainteresowanie wzbudzili Piotr Jedliński, Michał Smyk, Nadia Gasik. Ich historie są „wiedźmiskie”, ale też bije z nich oryginalność. Bowiem, takich  opowiadań oczekiwałem – wykorzystujących w pełni świat Sapkowiego, ale i wnoszących moce indywiduum.

Zaskoczony byłem tekstem Andrzeja W. Sawickiego. Pozytywnie, bo śledzę autora i  w końcu mnie czymś zainteresował. Dziewczyna, która nigdy nie płakała jest rewelacyjnie opowiedzianą historią. Szkoda, że nie zdobyła głównej nagrody.

Reszta opowiadań to teksty z mniejszym lub większym „wiedźmińskim pazurem”, ale daleko im do arcydzieł twórcy Białego Wilka.

Szpony i kły – ocena

Fani wiedźmina na pewno sprawdzą książkę. Słowa więc kieruję do osób nie znających opowiadań i sagi. Jeśli chcecie dołączyć do wielkiej przygody Geralta z Rivii, nie zaczynajcie jej od Szponów i kłów. Nie warto psuć sobie smaku.

Ocena: 6 /10

Andrzej W. Sawicki, Przemysław Gul, Nadia Gasik, Jacek Wróbel, Michał Smyk, Piotr Jedliński, Barbara Szeląg, Beatrycze Nowicka, Sobiesław Kolanowski, Katarzyna Gielicz, Tomasz Zliczewski, Wiedźmin. Szpony  i kły, superNOWA, 2017

Mother!– Aronofsky nakręcił arcydzieło

Najnowszy film Aronofskyego jest skierowany tylko do określonych grup odbiorców. Jeśli nie lubisz dzieł kinematografii przepełnionych symboliką, w czasie których, a także po których należy myśleć lub nie uważasz się za artystę, nie wybieraj się do kina. Jeżeli jednak należysz do jednej z wymienionych grup, obowiązkowo wybierz się na film. Jest piorunujący.

Jeszcze jedno, nie sugeruj się zapowiedzią. Zapowiada niezły horror, w rzeczywistości Mother! nie ma nic wspólnego z filmami wywołującymi gęsią skórkę ze strachu.

Mother! – film o mężczyźnie i kobiecie

W pierwszym ujęciu pokazana jest płonąca kobieta. Później mężczyzna stawia diament, czym powoduje przeistoczenie zniszczonego mieszkania w świeże, częściowo odremontowane. Następnie widz widzi budzącą się kobietę, która wstaje i szuka swego męża.

Szybko dowiadujemy się, że bezimienny mężczyzna i kobieta są mieszkańcami domu, a ten należy do pierwszego z nich. Kiedyś budynek spłonął, ale pojawiła się ona i rozpoczęła remont. Mężczyzna, który jest artystą, nazywa kobietę inspiracją, która nie tylko ciałem, ale i pracą przy odnowieniu domu, pozwoliła mu na dalsze tworzenie. Kłopot w tym, że w chwili zapoznania się z bohaterami Mother! widz poznaje mężczyznę w stanie bezpłodności artystycznej. Pewnego wieczoru do domu puka niespodziewany gość. Wówczas mężczyzna zaczyna zachowywać się dziwnie obdarzać dziwnymi uczuciami nie te osoby, które powinien, a ona dostrzegać nietypowe rzeczy.

Mimo, że główną rolę reżyser powierzył Jennifer Lawrence, jednak to Javier Bardem wzbudził moje zainteresowanie. Oboje aktorzy wielokrotnie pokazali, że potrafią świetnie zagrać, ale w Mother! Bardem przeszedł samego siebie. Potrafi wzbudzić u widza emocje i zacząć nimi żonglować.

Kiedy upływają dwie godziny filmu? Nie wiadomo, dla mnie na pewno szybko. Podobno niektórzy nudzą się na Mother!, ja czułem się jakbym był wciągnięty w psychodeliczny sen.

Mother! – arcydzieło absurdu

W przypadku odbioru tego filmu obowiązkowe jest uruchomienie szarych komórek, aby dokonywać prób rozszyfrowania poszczególnych elementów. Mother! zaczyna się od wprowadzenia widza w strefę wypełnioną tajemnicami, z teraźniejszości oraz przeszłości, a kończy się na absurdalnych scenach.

I to one są najpiękniejsze, gdy potrafi się je odczytywać. Tak jak w Źródle (o wiele prostszym w odbiorze niż Mother!) mamy do czynienia z metaforami, symboliką, które wplecione w scenariusz o nim, o niej i gościach w ich domu, zmieniają film w poezję ruchomego obrazu. Ten film odbiera się jak czytanie wiersza lub metafizycznej historii.

Absurd tworzy opowieść wielowymiarową, którą można odczytywać dwojako- nadawać bohaterom biblijne role lub pozbawiać tej religijnego charakteru na rzecz ludzkiego aktu tworzenia.

Mother! – ocena

Film odebrałem bardzo osobiście. Czasami zdarza się , że trafiamy na filmy, których potrzebujemy. Ja takiego szukałem. Mimo, że jest trudny w odbiorze i zaprząta myśli na długo po projekcji, wzbogacił mnie i dał do myślenia. Uznaję go za równy Źródłu Aronofskyego i daję najwyższą ocenę.

Ocena 10/10

Darren Aronofsky, Mother!, 2017

Cuphead – platformówka wyjęta z lat 90

Co to za postać: mała, uśmiechnięta, nosi czerwone spodnie, białe rękawiczki, ma czarny tułów i nogi, które zakończone są wielkimi stopami? Nie to nie Myszka Miki. To Cuphead, postać z gry, która  od 29 września 2017 r. nieźle namieszała na rynku. Mówią o nim tradycyjne media oraz internauci, a nowi nabywcy wciąż zasilają konto producenckiego Studia MDHR.

Krótko mówiąc, gdzie się Filiżankogłowy pojawi, tam otrzymuje pochlebne recenzje. Pragnąc dowiedzieć się dlaczego, zagrałem i… zakochałem się w Cupheadzie oraz jego bracie Mugheadzie.

Cuphead – dobra gra w starym stylu

Linia opowieści gry zaczyna się w kasynie, gdzie bracia przegrywają swoje dusze. Udaje się im jednak pozyskać uwagę diabła i przekonać go do możliwości odwołania zakładu. Muszą tylko odpracować równowartość swoich dusz. W tym miejscu stery przejmuje gracz.

Cała gra to seria pojedynków z potężnymi bossami plus kilka elementów platformowych. Wspominana powyżej fabuła jest tylko, po to by całość, przysłowiowo, trzymała się jakoś kupy. A największą zaletą gry Cuphead jest jej trudność.

Gdy tylko Cuphead pojawił się na rynku, recenzenci porównali grę do tych z lat 90-tych, uzasadniając, bo rzuca graczowi tak wielkie wyzwania. Nawet na poziomie łatwym pokonanie antagonistów wymaga refleksu, strategii i odpowiedniego przygotowania. Wrogów „uczy się” – walcząc poznaje się ich zachowanie, szuka się luk, które można wykorzystać. Nie należy jednak osiadać na laurach. Warto grać na wyższym poziomie trudności, gdyż nie tylko jest to odznaczone w podsumowaniu rozgrywki, ale też nagradzane dodatkowymi przeistoczeniami wrogów, a te są szalone jak sama rozgrywka.

Pomysłowość twórców była gigantyczna. Już na samym początku dostajemy żabę wskakującą w drugą, co czyni z tego połączenia automat do jackpota, kwiat, który zamienia się w karabin maszynowy, napędzany własnoręcznie, wystrzeliwujący pociski-nasiona, czy też szalonego dżina. Zwycięstwo nad nimi wymaga sporo czasu, ale cieszy. Co więcej, każda porażka nie frustruje. Bowiem, gracz przegrywa tylko z własnej winy, a to uczy pokory.

Cuphead – jazz i stara kreskówka

Cuphead jest stylizowany na kreskówkę z lat 30. Starość widzimy na każdym kroku – po przegranej pojawia się tablica, na której widnieje rok 1930, na ekranie pojawiają się zniszczenia kliszy, lekko zniekształcony dźwięk odgłosów walki. Całość nawiązuje do ówczesnych produkcji Disneya, wyglądem (ręcznie malowane tła, efekt starej taśmy), stylistyką (opisany powyżej klimat) oraz muzyką.

Fajnym wrażeniem jest uczucie towarzyszące kończeniu rozgrywki. Za każdym razem mam wrażenie, że oglądałem animację. Niesamowite!

Niesamowitą jest tez ścieżka dźwiękowa.. Skomponowana na  wysokim poziomie, atrakcyjna tak, że nawet po wyłączeniu gry uruchamiam ją na YouTube, by „coś mi grało podczas pisania”. Stary dobry jazz, taki jak grał Benny Goodman ze swoją orkiestrą – dużo dętych instrumentów, mocne uderzenia perkusji. Zresztą, polecam sprawdzić osobiście:

A tu materiał z produkcji ściezki dźwiękowej do gry Cuphead

Cuphead – ocena

To jest gra zarówno dla dzieci, jak ich rodziców (którzy grali w gry wideo latach 90). Warunkiem, by spodobała się graczowi, jest jego nastawienie do znoszenia porażek. Cuphead  nie jest pozycją dla osób nerwowych, będą się tylko męczyły się podczas rozgrywki.

I jeszcze jedno, obowiązkowo do gry należy zakupić pada. Granie na klawiaturze niszczy co najmniej połowę przyjemność rozgrywki.

Ocena:  8,5/10

Cuphead, Studio MDHR, 2017

 

Co robi język za zębami?

Co robi język za zębami? nie jest książką tylko dla dzieci. Agata Hącia napisała super publikację, z której skorzystają również młodzież oraz dorośli. Wygląda nieźle… i tak samo waży (twarda oprawa, wysokiej jakości papier oraz poprawna oprawa książki robią swoje). A co znajduje się w jej środku? O tym w niniejszym wpisie.

Co robi język za zębami – kilka słów o poprawnej polszczyźnie

Miałem mieszane uczucia, gdy po raz pierwszy usłyszałem o książce, ale postanowiłem ją sprawdzić. Skoro wszyscy o niej mówią, musi być wyjątkową publikacją – pomyślałem. Cieszę się, że decyzja była strzałem w dziesiątkę.

Pierwszą rzeczą jaka rzuca się w oczy to ilustracje Macieja Szymanowicza . Grafik na pewno jest znany miłośnikom książek dla dzieci. Ja zwróciłem na niego uwagę dzięki książce Asiunia Joanny Papuzińskiej. Osobom nie znającym jego unikalnego stylu i pomysłowości, polecam odwiedzić profil autora: https://www.behance.net/maciejszymanowicz

Szymanowicz daje popis swoich umiejętności i w tej publikacji, Jest wesoło, kolorowo, co sprzyja przyswajaniu treści.   A ta zadziwiła mnie tak bardzo pozytywnie.

Żadnych naukowych wywodów, jak u Profesorów Miodka i Bralczyka, tylko prosty język, który dotrze do najmłodszych oraz osób niemile wspominających lekcje języka polskiego. Co robi język za zębami?  rozpoczyna się od rozdziału zawierającego zestaw ćwiczeń oddechowych oraz tych na rozgrzanie buzi. Jest też trochę cennych wiadomości o innych językach. Kolejne rozdziały poświęcone są słowom, zwrotom, ich znaczeniu, etymologii. Są one uzupełnione zagadkami i ćwiczeniami pozwalającymi szybciej przyswoić wiedzę. Całość zamykają części  zwracające uwagę na poprawne stosowanie polszczyzny w mowie i na piśmie.

O niezwykłości Co robi język za zębami? stanowi szczególna narracja. Bez niej byłby to kolejny podręcznik, o którym mówiłyby swoim uczniom polonistki, wściekłe na świat za to, że los pchnął na taki rodzaj studiów, a później do nauczania dzieci w szkole. Agata Hącia na pewno nie należy do grupy osób, które nie kochają tego co robią. Wręcz przeciwnie książka jest dowodem na to, że język polski można pokochać, uczynić z niego źródło zarobków, a do tego pozytywnie zarażać  innych swoją pasją, nawet najmłodszych.

Co robi język za zębami? – to książka nie tylko dla dzieci

Jak wspomniałem, również młodzież i dorośli skorzystają z lektury Co robi język za zębami?. Do nich wystosowane są rozdziały A jeśli masz więcej niż 7 lat oraz A jeśli jesteś już całkiem dorosły. Owe fragmenty publikacji na pewno nauczą stosować poprawna polszczyznę, a nawet pogłębią zainteresowanie naszą rodzimą mową.

Jak wyjaśnić dorosłym co robi język za zębami? Wystarczy tylko otworzyć książkę Hąci. Autorka robi to naprawdę dobrze, w sposób „który trafia do dorosłych”. Wszystko przez stosowania tego samego języka, jakiego używa w komunikacji z najmłodszym czytelnikiem. Jest krótko, prosto i bardzo ciekawie. Aż chce się czytać.

Co robi język za zębami? – ocena

Zasłużona 10. Polecam zakupienie Co robi język za zębami? wszystkim babciom, dziadkom, rodzicom na imieniny, urodziny pociech, prezent mikołajkowy lub gwiazdkowy. Ważne, aby książka spodobała się dziecku, sugeruję, wspólne jej czytanie – naprawdę zbliża i zwiększa czytelnicze doznania. Dodatkowo kieruję zakupowy apel do rodziców, którzy fundują dzieciom piłkarsko- taneczne zajęcia pozaszkolne. Może podarowanie dziecku Co robi język za zębami? ochroni je przed życiową porażką – kiedy zrozumie, że potrafi tylko grać w piłkę lub tańczyć – kierując je do wybrania zawodu, w którym pieniądze zarabia się za pomocą słowa pisanego lub ciekawej wypowiedzi ustnej. Jest to możliwe, w taki sposób pracuje autorka książki, również i ja oraz wiele, wiele osób.

Ocena:10/10

Agata Hącia, Co robi język za zębami?, PWN, 2017

Książkę otrzymałem od wydawnictwa PWN. Dziękuję bardzo!